Trudno mi teraz pisać o urokach poznawania panów przez portale, bo od prawie dwóch lat jestem w związku i nie zamierzam nic z tym robić. Oboje z Jankiem odnaleźliśmy siebie, w ogóle trudno byłoby teraz pisać na temat jak jest nam dobrze, aby nie zatrącało to o banał.
Ale szukałam kiedyś. I to długo. Pierwszym portalem, na którym złożyłam ofertę był Amorweb. To było w czasach, kiedy nie było „dzieci neostrady”, co według mnie jest synonimem buractwa i braku etykiety sieciowej. Do internetu mieli dostęp jedynie ludzie pracujący w branży informatycznej, naukowcy i pokrewni. Internet się ściągało za pomocą tepsy. Uczyłam się sama internetu, płacąc czasem bajońskie rachunki. Ale warto było...
Amorweb – teraz pod tą nazwą kryje się coś całkiem innego – był poznańską firmą, właściwie to była zwykła baza danych. Nie wiem, czy admin ingerował czy nie w wypowiedzi, ale faktem jest, że anonse były zwykle bardzo kulturalne. Babek w moim wieku było naprawdę niewiele, miałam wówczas po 40, więc każda miała wzięcie. Facetów było wielokrotnie więcej. Oczywiście całkiem inaczej wyglądało to zapewne w wieku młodszym a całkiem inaczej w starszym. Czterdziecha już była raczej uważana za starszą.
Nie było zdjęć, pojawiły się pierwsze skanery i oczywiście nie umieszczało się zdjęć na stronie Amorweba, więc nie wiadomo było na kogo się trafi. Ale potem zwykle się wysyłało zeskanowane zdjęcie mailem. Był to piękny okres, gdy rozwijała się znakomita korespondencja mailowa.
Pierwszy facet, którego poznałam w sieci to był chyba informatyk z Niemiec. Ale Polak z pochodzenia. Pisaliśmy do siebie miłe listy, jednak sprawa zdechła z powodu braku motywacji. On chyba rzadko bywał w Polsce. Ale potem udało mi się poznać kilku panów ,z którymi bardzo długo utrzymywałam kontakty towarzysko- przyjacielskie. Do tego wykształciłam w sobie umiejętność pisania maili, mogłam ich pisać dowolną ilość. Kryterium stało się dla mnie poznanie faceta z gigantycznym polotem, który potrafi pisać znakomite listy. Wtedy poznałam W. i absolutnie powalił mnie swoimi listami.
To było takie małe formy literackie, pamiętam jak siedziałam po Wigilii przeczytałam opis jak jedzie ośnieżoną drogą w Krakowie, gdzie mieszkał , ślizgając się jedną oponą po szosie, pisał też pięknie o prószącym śniegu, czerwono- zielonych dekoracjach, swojej samotności i tęsknocie. Nie, nie za mną, przecież jeszcze się nie znaliśmy, ogólnie zakochałam się w jego listach.To było coś nowego - zauroczenie wirtualne, w obrazie kogoś, kogo się nie zna....
Pisaliśmy długo, gdzieś w styczniu się poznaliśmy. Porywający chłopak...ale nie do życia. Czasem Jankowi o nim wspominam. Jako o czymś całkowicie odrealnionym. O tym, jak łatwo się zakochać wirtualnie, tylko nie ma to żadnego związku z rzeczywistością. Ale co by nie powiedzieć, miło wspominam Amorweb.....to był na tamte czasy niezły portal....
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz