środa, 4 listopada 2009

W mojej firmie istnieje już cały klan wdów, liczący cztery babki w różnym wieku. Życie ich mężom odebrała choroba. Zwykle nowotwór. Były to zwykle kochające się małżeństwa. Teraz wszystkie wyrażają pogląd, że właściwie to ich życie się już skończyło. Że nie chcą już więcej próbować. Czasem ich namawiam, aby jednak pomyślały sobie, że ich życie jeszcze trwa. I może je spotkać radość z życia i nowe, przyjemne sytuacje…..Dedykuję im tego bloga, może kiedyś do niego dotrą….


Zwyczaj spalania na stosie wdów w Indiach według mnie był barbarzyństwem. Los skazuje czasem człowieka na takie sytuacje, że umiera osoba najbliższa. Czy to jest sprawiedliwe? Czy to tak ma być, że nadchodzi TEN dzień a potem już tylko pozostaje pustka….Co dalej robić z życiem?
Po śmierci męża zastanawiałam się, jak będzie wyglądało moje dalsze życie. Miałam dość niezłą sytuację, jakkolwiek pracowałam w firmie, która dość marnie płaciła, byłam posiadaczką własnego M. Miałam w domu zbuntowaną nastolatkę.
Jakiś czas człowiek żyje jak w transie. Wiadomo, że istnieje szereg etapów radzenia sobie ze stratą, wypieranie się jej a na końcu pogodzenie się. Myślę, że najlepiej będzie, aby tutaj nie rozważać stanu, kiedy nie wyobrażałam sobie, że mogłabym nie pójść na cmentarz.

Nadszedł dzień, kiedy uznałam, że muszę żyć dalej. i podjąć decyzję, co z życiem zrobić.
Taka sytuacja bardzo przewartościowuje stosunki w rodzinie, ze znajomymi. Początkowe gesty współczucia zaczynają męczyć. Pomyślałam też, czy mam być skazana na zajmowanie się a ściśle mówiąc, zadręczanie 17 letniej córki? To trochę trudny był temat, z jednej strony ona potrzebowała mojej opieki, gdy zostałyśmy same, ja zaś potrzebowałam jej. Ale ona powoli odcinała już pępowinę. Nie mogłam w wiele jej spraw ingerować.

Zastanawiałam się też, czy powinnam uczestniczyć jakby ściślej w życiu mojej rodziny. Miałam brata i ojca. Mama zmarła dość szybko po śmierci mojego męża. Nie szczędzono mi tam wyrazów współczucia i byli dla mnie wsparciem. Ale czy energiczna osoba taka jak ja musi grzać się przy cudzym ognisku przez resztę życia? Mnie to znudziło się dość szybko. Współczucie nie jest dobrym lepiszczem w zakresie relacji międzyludzkich i po jakimś czasie bywa męczące dla obu stron.
Uświadomiłam sobie, że będę balastem, taką ciotką-dewotką, której się żałuje, że jej się w życiu „tak ułożyło” i której niewiele w życiu pozostaje.

Próbowałam szukać ukojenia w Kościele, bytność i spokój dawały nadzieję. Na jakiś czas to wystarczyło. Potem pojawiło się pytanie, co właściwie wdowa ma ze sobą zrobić, Kościół niestety ma dobrej recepty. Właściwie to powinna pozostać sama, rozpamiętywać dobre chwile, żyć wspomnieniami. Wchodzenie w nowe związki po 40 według nauki Kościoła jest nierealne. Nie zawsze udaje się poznać wdowca i szybko zawrzeć ponownie ślub kościelny, co według Kościoła byłoby ideałem. Statystyki są nieubłagane, prawdopodobieństwo takiego układu nie jest zbyt wielkie.

Ponad rok trwała żałoba. A potem postanowiłam coś z tym zrobić. Sukces osiągnęłam po 9 latach…..

Postanowiłam coś z tym zrobić......

Postanowiłam tak prowadzić tego bloga aby pierwsza część to były retrospekcje z tego co „przed” a w drugiej części, trochę o relacjach z moim szczęściem. O nas i naszym docieraniu się i naszej codzienności……Wiele o nas można przeczytać na stronach MyDwoje. Mamy nawet nagranie. Nasza przygoda życiowa ciągle trwa..

Nasze hobby

W wieku 50+ ludzie, którzy zdecydowali się być ze sobą muszą mieć jakieś hobby. Swój własny świat. My jesteśmy oboje samodzielni i mamy bagaż własnego życia do targania. I obiecujemy sobie, że nie będziemy obciążać się wzajemnie…. Nie wyobrażam sobie abym miała wisieć na moim przyjacielu i go dręczyć. Zależeć od niego i od jego punktu widzenia. Ale warto mieć coś wspólnego. My mamy kwiatki i psy…..

Dziś Janek pojechał na moje rancho. Mieszka dość niedaleko a i warto było, aby wpadł. Bo mróz mógłby załatwić roślinki na parapetach To cudownie, że mogę liczyć na niego, że tam zajrzy. Bardzo lubimy oboje hodowanie roślin doniczkowych. Co prawda zwykle ich jest za dużo i u niego i u mnie..... Mam manię prześladowczą hodowania wszystkiego, co wyrośnie. Nawet hoduję daktyle z pestek. Wstawiam to do mojej pracowni w firmie, do domu i teraz na działkę. Mój dom w Warszawie przypomina małpi gaj.
U niego podobnie, choć jak to facet, czasem zapomina o podlewaniu.
Mamy również wspólnie 4 psy, w tym dwa jamniki, jeden duży wielkości owczarka a drugi kudłacz. Ja psy rozpuszczam, nie słuchają się mnie w ogóle. Przy nim stają na baczność. Starszy jamnik jest absolutnie do Janka podobny. Razem lubią sobie pokimać. Potrafi przy nim zatańczyć. W ogóle wspólne polegiwanie jest rytuałem.
Naszym ogromnym hobby jest żeglowanie. O tym następnym razem……

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz