czwartek, 5 listopada 2009


Miałam pisać o żeglarstwie…..otóż kilka lat temu miałam szczęście, że poznałam, też zresztą przez sieć kapitana związanego z żeglarstwem morskim. Choć nie zaiskrzyło, zaprzyjaźniliśmy się i trwa to do dziś……mam przyjemność pływać jako załoga na jego jachcie…..Nigdy nie przypuszczałam, że kiedykolwiek w życiu popłynę po Atlantyku czy zawinę do fiordów. A jednak się udało.

Żeglarstwo poznałam na studiach, w trakcie wakacji zwykle wyjeżdżałam na rejsy studenckie z Almaturem, wracałam i jechałam na następny obóz. Wtedy to było całkiem dostępne finansowo.
Gdy założyłam rodzinę, moja przygoda z żeglarstwem się skończyła na wiele lat. Dziecko, obowiązki i mąż, który miał całkiem inne zainteresowania. Nie bardzo jak miałam wrócić do pływania, przez 20 lat nie miałam w ogóle kontaktu z wodą, choć tęsknie spoglądałam na białe żagle na Zalewie czy na Mazurach. Zwyczajnie zapomniałam, pochłonięta codziennością życia rodzinnego….

Człowiek, któremu nagle wali się życie, próbuje czasem powrócić do swoich zainteresowań. A przynajmniej powinien. To jest naprawdę zdrowe. Moje znajome wdowy, może w mniejszym stopniu rozwódki, często koncentrują się na kontynuowaniu życia rodzinnego w niezmienionej formie. Nadmiar energii, który im zostaje po odejściu męża, zmieniają na szczególny rodzaj opieki nad dziećmi czy wnukami, czasem też nad rodzicami, który często zamienia się w uzależnienie i poczucie misji dziejowej….. a de facto jest brakiem alternatywy, co ze sobą zrobić….Czasem popadają w choroby, aby nie dopuścić do rozluźnienia kontaktów z dorastającymi dziećmi. Znane mi są przypadki owdowiałych kobiet, które wpędzając dorosłe córki w permanentne poczucie winy, gdyż uważały, że należy im się opieka non stop, doprowadzały je do staropanieństwa.

W roku 2002 spotkałam na swojej drodze kogoś, kto miał własną łódkę. Wspólnie ją wyremontowaliśmy i pływaliśmy latem razem przez wiele lat. Takie szuwarowe żeglowanie w istocie rzeczy bardzo przyjemne….. Odświeżyłam znów znajomość Mazur i zaraziłam się żaglami ponownie. Patrzyłam z podziwem na pary, często ludzi starszych, którzy wspólnie zaliczali kolejne jeziora, pichcili i wspólnie delektowali się zachodami słońca…..

To jest blog o mnie i Janku, więc pominę milczeniem perturbacje związane z osobą mojego pierwszego instruktora żeglarskiego po latach. Dość, że pozostajemy w wielkiej przyjaźni. Mam wiele ciepłych wspomnień a coroczny wyjazd na Mazury staje się dla mnie wręcz niezbędny jak powietrze. Tyle, że teraz już nie pływam z nim….

Od kilku lat z poznanym kapitanem pływam na jego jachcie po morzu. Nie, nie jestem odważnym wilkiem morskim. Źle znoszę sztormy, choć dość szybko się potem dźwigam. Uważam, że pływanie bardzo odmładza, daje możliwość poznania świetnych ludzi, którzy nie są rozmamłani fizycznie i mentalnie.
W tym roku popłynęłam po raz pierwszy na rejs wspólnie z Jankiem. To była prawdziwa szkoła przetrwania. Kiedyś Janek powiedział, że często na rejsach ludzie do tego stopnia się nienawidzą i tak ich łamią trudy żeglowania, że po zejściu na ląd nie chcą się znów widzieć. Byłam pewna wyników tego testu, że będzie dobrze w naszym przypadku. Poszedł chyba nienajgorzej. Do dziś dnia mam jako tapetę ustawione zdjęcie Janka w sztormiaku, nieogolonego i smaganego wiatrem. Może Bóg da popłynąć razem w przyszłym roku?
A tutaj załączę widoczek naszego jachtu ( to ten niebieski) w Kopenhadze, do której w tym roku zawinęliśmy….


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz