Bilans roczny….nie pisałam w czasie świąt, natłok wrażeń, pracy i brak czasu nie pozwalały skupić się na siedzeniu przed komputerem…. Organizacja Wigilii była dość pracochłonna i gdyby nie pomoc Jasia, z całą pewnością nie byłoby tych wszystkich pyszności, jakie znalazły się na stole. Jego umiejętności, niezwykłe jak na faceta, spowodowały, że mogliśmy się pokusić na dania całkiem wyrafinowane.
Święta mieliśmy jednak zabiegane a to z uwagi na przyjazd naszych dzieci – emigrantów. Moja córka próbuje zaakceptować fakt, że w moim życiu jest ktoś na stałe. Że jest, mieszka, śpi w moim domu. Gdy była poprzednio, jeszcze bardziej Jasia ciągnęło do jego własnego domu. Teraz w zasadzie postanowił spędzać święta u mnie i nawet tam zaprosił swoich synów.
Wyobrażam sobie, że gdybyśmy nadal mieszkały same z córką, byłoby kłopotliwie. Bo ona niekoniecznie musi znosić faceta, który nie jest jej ojcem. Oni są dla siebie bardzo przyjaźni, Jasio robi jej śniadanka, gdy ja idę do pracy, gadają sobie całkiem sympatycznie. Wręcz pytałam się jej, jak układa się rano. Chyba nieźle, zastrzeżeń nie zgłaszała. Ale fakt, że czasem musimy pobyć obie ze sobą. Bez niego. Wiem, jaki to również problem, gdy mieszka się na stałe. Nawet jak dziecko jest dorosłe, pozostaje problem relacji matka-córka. Bo przecież nie będzie opowiadała mi o swoim nowo poznanym chłopaku i ich rozterkach uczuciowych, w obecności Janka.
Nieco inne układy ma Janek z synami. W ogóle relacje ojca z synami, synem są oparte na całkiem innych zasadach. Jego starszy syn, mieszkający i pracujący w Anglii, z całą pewnością nie zamierzał się dzielić z ojcem swoimi sprawami w związku, w ogóle o sobie nie dyskutowali. Raczej o faktach, motoryzacji, ma być wszystko poprawnie. Jak facet z facetem. Żadnych wynurzeń. Jak są problemy, konkretnie, bez analizy zdarzeń. Tacy są faceci…..
W Sylwestra przyjeżdża chłopak córki i będę pierwszy raz miała okazję go gościć. Jestem bardzo ciekawa, z czym przyjdzie mi się zmierzyć. Widziałam go kilkakrotnie na ekranie monitora, zamieniliśmy kilka zdawkowych pozdrowień. Ale jako matka oczywiście odczuwam niepokój, jak będzie on ja traktował? Chcą zamieszkać razem, planują przyszłość i nie wiadomo jak to będzie w praktyce. Czy różnice kulturowe Polska- Włochy są na tyle istotne, aby nie było problemów w komunikacji.
A powracając do bilansu, nasz 2009 był dobrym rokiem, wydaje się wszystko iść pomyślnie, oczywiście zdrowie i finanse zawsze mogłyby być lepsze. Niemniej jednak uważam, że jeśli nie ma się nadzwyczajnych wymagań od życia, można znaleźć w codzienności wiele zwykłego ludzkiego szczęścia. Naprawdę to wspaniałe, gdy wiem, że nie jestem sama. Nie pozostaję sama ze swoimi problemami, mogę Jankowi pomarudzić.
Zaglądam na konkurs naszego ulubionego portalu My Dwoje, który za kilka dni się kończy….. Szkoda, że jest tak mało par, które zwyczajnie chciałyby się w formie pisanej podzielić z innymi swoim szczęściem. Pewnie do końca konkursu coś ludzie jeszcze napiszą, perspektywa nagrody ich skusi. Ale tak naprawdę to wielka przyjemność, przynajmniej dla mnie, czytać o ludziach, którzy dali sobie szanse na drugie życie, wbrew wszystkiemu i to im się udało……..tego więc należy życzyć sobie w Nowym Roku, aby dać sobie szansę…..i aby wypaliło próbującym, przynajmniej tak jak nam…..
środa, 30 grudnia 2009
poniedziałek, 21 grudnia 2009
prezenty świąteczne:)
Nie przepadam za babskimi książkami, przedstawiającymi „dzielne kobiety”. Może dlatego, ze czasem mam wrażenie, że moje życie wcale nie jest gorsze a perypetie bohaterek z porzucającymi ich mężami, nowymi kochankami, trudnościami w adaptacji nie wydają mi się niczym nadzwyczajnym. Robienie z tego bestsellerów świadczy tylko o tym, jak bardzo lansuje się młodość, sukces, kasę, wyścig szczurów a takie normalne i bardzo często codzienne życie i nieodłączne z nim porażki, przedstawione jest jako wielkie odkrycie, że jest to w ogóle możliwe. Tak jak i związki w starszym wieku….
W wyświetlanym ostatnio serialu „Dom nad rozlewiskiem” na podstawie powieści M. Kalicińskiej jeden z bohaterów, Tomasz mówi o swoim związku z matką bohaterki:
Starzeję się. Osiadam. Tęsknię, jak jej nie ma. Z nią sam sobie wydaję się lepszy.
- Zamknij się, bo się pobeczę. Takich facetów nie ma!
- Jakich?
- Co by tak kochali, mimo wszystko. Teraz większość moich znajomych rozwodzi się, bo
faceci biznesmeni wymieniają sobie „stare kanapy na młodsze”.
- Bo są krótkowzroczni i głupi. Owszem, młode dupki są ładniutkie, luzackie i bardzo
obecnie przystępne, ale głupie strrrrasznie! Nic nie czytają, nic o życiu nie wiedzą, nie umieją
gotować i źle się z nimi milczy.
Zastanowiło mnie to głównie milczenie. Umiejętność milczenia we dwoje nie jest sprawą taką prostą. Milczy się czasem, gdy nie ma co się powiedzieć, gdy zewsząd zieje nuda, gdy powietrze jest ciężkie od braku włączonego telewizora….
My oboje jesteśmy gaduły. Rzadko zapada między nami chwila milczenia. Ale gdy zapada, nie jest to puste milczenie. On coś dłubie, ja też. To milczenie jest wymowne i oznacza to, że jesteśmy obok i nie odczuwamy potrzeby kontaktu za pomocą słów. Nie jesteśmy niepewni, co kto sobie może pomyśleć, nasze milczenie nie jest pełne obaw. Myślę, że potrafimy właśnie w taki dobry sposób milczeć.
Na dzień dzisiejszy martwię się o domek Jaśka, nie możemy być tak długo ze sobą jak byś my chcieli, bo musi on mieć włączony piec gazowy u siebie. Nie może go długo zostawiać bez nadzoru. A gdyby go wyłączył, jego chałupa przemarzłaby dokumentnie. Do tego jego szalony pies, który nie chce wejść do domu, musi dostać ciepłe żarcie. Nie ma żartów, tam temperatura spada do -20 stopni.
A teraz z innej beczki: przesyłanie paczek przez firmę kurierską. 18 grudnia nadawca czyli firma u której zakupiłam parę rzeczy na Allegro , kurierska firma GLS napisała, że przesyłka będzie dostarczona dnia następnego. Co prawda był to piątek, więc spodziewam się paczki dzisiaj. Można status paczki sprawdzić na stronie internetowej firmy. No i zajrzałam:
87649408833 2001 2009-12-21 7:12 Wejscie EPL 5100 1001 2009-12-18 21:24 Przejscie HUB NORMAL 1 5 2009-12-18 20:50 Dane od KK otrzymane 8700 4 2009-12-18 19:20 Skan kontrolny KK 8700
Z tego wynika, że dziś nastąpiło wejście EPL. Konia z rzędem temu, co zgadnie, co to jest. Po informację chcę poprosić konsultanta z infolinii. Po 15 minutach czekania już wiem. Status EPL to znaczy, że kurier nie podjął przesyłki. Mam nadzieję, że dziś to zrobi a prezenty wigilijne nie będą czekały do Nowego Roku:)…
W wyświetlanym ostatnio serialu „Dom nad rozlewiskiem” na podstawie powieści M. Kalicińskiej jeden z bohaterów, Tomasz mówi o swoim związku z matką bohaterki:
Starzeję się. Osiadam. Tęsknię, jak jej nie ma. Z nią sam sobie wydaję się lepszy.
- Zamknij się, bo się pobeczę. Takich facetów nie ma!
- Jakich?
- Co by tak kochali, mimo wszystko. Teraz większość moich znajomych rozwodzi się, bo
faceci biznesmeni wymieniają sobie „stare kanapy na młodsze”.
- Bo są krótkowzroczni i głupi. Owszem, młode dupki są ładniutkie, luzackie i bardzo
obecnie przystępne, ale głupie strrrrasznie! Nic nie czytają, nic o życiu nie wiedzą, nie umieją
gotować i źle się z nimi milczy.
Zastanowiło mnie to głównie milczenie. Umiejętność milczenia we dwoje nie jest sprawą taką prostą. Milczy się czasem, gdy nie ma co się powiedzieć, gdy zewsząd zieje nuda, gdy powietrze jest ciężkie od braku włączonego telewizora….
My oboje jesteśmy gaduły. Rzadko zapada między nami chwila milczenia. Ale gdy zapada, nie jest to puste milczenie. On coś dłubie, ja też. To milczenie jest wymowne i oznacza to, że jesteśmy obok i nie odczuwamy potrzeby kontaktu za pomocą słów. Nie jesteśmy niepewni, co kto sobie może pomyśleć, nasze milczenie nie jest pełne obaw. Myślę, że potrafimy właśnie w taki dobry sposób milczeć.
Na dzień dzisiejszy martwię się o domek Jaśka, nie możemy być tak długo ze sobą jak byś my chcieli, bo musi on mieć włączony piec gazowy u siebie. Nie może go długo zostawiać bez nadzoru. A gdyby go wyłączył, jego chałupa przemarzłaby dokumentnie. Do tego jego szalony pies, który nie chce wejść do domu, musi dostać ciepłe żarcie. Nie ma żartów, tam temperatura spada do -20 stopni.
A teraz z innej beczki: przesyłanie paczek przez firmę kurierską. 18 grudnia nadawca czyli firma u której zakupiłam parę rzeczy na Allegro , kurierska firma GLS napisała, że przesyłka będzie dostarczona dnia następnego. Co prawda był to piątek, więc spodziewam się paczki dzisiaj. Można status paczki sprawdzić na stronie internetowej firmy. No i zajrzałam:
87649408833 2001 2009-12-21 7:12 Wejscie EPL 5100 1001 2009-12-18 21:24 Przejscie HUB NORMAL 1 5 2009-12-18 20:50 Dane od KK otrzymane 8700 4 2009-12-18 19:20 Skan kontrolny KK 8700
Z tego wynika, że dziś nastąpiło wejście EPL. Konia z rzędem temu, co zgadnie, co to jest. Po informację chcę poprosić konsultanta z infolinii. Po 15 minutach czekania już wiem. Status EPL to znaczy, że kurier nie podjął przesyłki. Mam nadzieję, że dziś to zrobi a prezenty wigilijne nie będą czekały do Nowego Roku:)…
sobota, 19 grudnia 2009
bywa i tak....
Trochę zaniedbałam tego bloga, życie idzie zwyczajnie, w wielu firmach pod koniec roku rozliczenia, sprawozdania. U mnie też tak było, praktycznie od kilku dni dopiero czuję się wolna. Więc mogę korzystać z internetu bardziej rozrywkowo....
Nasze drugie święta razem z Jaskiem. Zdecydowałam się urządzić z tej okazji Wigilię. Jutro przylatuje moja córka.
Teraz zrobiłam sobie przerwę pomiędzy ciastem na pierogi. Bo zobowiązałam się, że na pracową Wigilię w poniedziałek zrobię pierogi z kapustą. Na domową też będzie potrzebne. I tak rozmyślam sobie o dwóch historiach, o których ostatnio słyszałam.
Pierwsza z nich z optymistycznym zakończeniem. Moja sąsiadka, osoba zapracowana, od wielu lat sama. Zawsze widziałam jak ciągnęła siaty, jeździła na rowerze po wodę, w soboty po warzywa. Ma dorosłe dzieci. Jedna z córek jest już mężatką z dziećmi. Druga kończy studia. I nagle a niespodziewanie spotkała na swojej drodze znajomość z czasów młodości. Uczucie rozkwitło z dnia na dzień. Zaczęłam widywać granatowego opla pod drzwiami klatki schodowej prawie codziennie. I któregoś dnia jechałam z nią w korku. Jechałyśmy długo i opowiedziała mi o swoim szczęściu.. Pogratulowałam jej, w święta zaręczają się. Wkrótce biorą ślub.
Druga smutna, znam oboje. Wydawałoby się, idealny związek. On schorowany, po ciężkich przejściach, traumatycznym rozwodzie. Ona od wielu lat sama. Teraz wyjechała z Warszawy i prowadzi schronisko. Było dobrze między nimi. Ona się o niego troszczyła, mierzyła ciśnienie. On jej pomagał w prowadzeniu firmy. Ale on jest uzależniony, niestety. Dlatego też rozpadło się jego małżeństwo. Związki z uzależnionymi są trudne, czasem wręcz niemożłiwe... Gdy się skrzyżowały ich drogi, wydawało się, że będzie to układ idealny. Ale niestety nie jest prosto zmienić się, gdy człowiekiem rządzą nałogi. Pił i znikał. Na tygodnie. A potem wracał, skruszony i smutny. W końcu ona miała dość. Teraz chyba oboje żałują, ale też trudno jest zrobić następny krok. Bo ona nie może mu obiecać, że będzie znosiła ciągi i ich konsekwencje a on nie potrafi obiecać, że nie zniknie....
Ale w cichości ducha marzę, aby na święta ich drogi się znów skrzyżowały, obojgu dobrze życzę..... i pewnie gdyby się zła passa odwróciła, on popracował nad sobą, byłoby to na pewno z korzyścią dla obojga....
Nasze drugie święta razem z Jaskiem. Zdecydowałam się urządzić z tej okazji Wigilię. Jutro przylatuje moja córka.
Teraz zrobiłam sobie przerwę pomiędzy ciastem na pierogi. Bo zobowiązałam się, że na pracową Wigilię w poniedziałek zrobię pierogi z kapustą. Na domową też będzie potrzebne. I tak rozmyślam sobie o dwóch historiach, o których ostatnio słyszałam.
Pierwsza z nich z optymistycznym zakończeniem. Moja sąsiadka, osoba zapracowana, od wielu lat sama. Zawsze widziałam jak ciągnęła siaty, jeździła na rowerze po wodę, w soboty po warzywa. Ma dorosłe dzieci. Jedna z córek jest już mężatką z dziećmi. Druga kończy studia. I nagle a niespodziewanie spotkała na swojej drodze znajomość z czasów młodości. Uczucie rozkwitło z dnia na dzień. Zaczęłam widywać granatowego opla pod drzwiami klatki schodowej prawie codziennie. I któregoś dnia jechałam z nią w korku. Jechałyśmy długo i opowiedziała mi o swoim szczęściu.. Pogratulowałam jej, w święta zaręczają się. Wkrótce biorą ślub.
Druga smutna, znam oboje. Wydawałoby się, idealny związek. On schorowany, po ciężkich przejściach, traumatycznym rozwodzie. Ona od wielu lat sama. Teraz wyjechała z Warszawy i prowadzi schronisko. Było dobrze między nimi. Ona się o niego troszczyła, mierzyła ciśnienie. On jej pomagał w prowadzeniu firmy. Ale on jest uzależniony, niestety. Dlatego też rozpadło się jego małżeństwo. Związki z uzależnionymi są trudne, czasem wręcz niemożłiwe... Gdy się skrzyżowały ich drogi, wydawało się, że będzie to układ idealny. Ale niestety nie jest prosto zmienić się, gdy człowiekiem rządzą nałogi. Pił i znikał. Na tygodnie. A potem wracał, skruszony i smutny. W końcu ona miała dość. Teraz chyba oboje żałują, ale też trudno jest zrobić następny krok. Bo ona nie może mu obiecać, że będzie znosiła ciągi i ich konsekwencje a on nie potrafi obiecać, że nie zniknie....
Ale w cichości ducha marzę, aby na święta ich drogi się znów skrzyżowały, obojgu dobrze życzę..... i pewnie gdyby się zła passa odwróciła, on popracował nad sobą, byłoby to na pewno z korzyścią dla obojga....
niedziela, 6 grudnia 2009
z dziećmi....
Nasze dzieci...Ludzie po 50 z reguły mają jakieś dzieci. Zwykle z poprzednich związków. My mamy razem czwórkę, ja jedną córkę a Janek 3 chłopców. Ułożenie sobie stosunków z dziećmi jest pewną sztuką.
W naszym wypadku dzieci już są dorosłe. Oprócz jednego małego synka. Trudno mi pisać o relacjach „sprzed” pomiędzy panami. Nie miałam kłopotów z tym, aby jego synowie traktowali mnie dobrze. Nawet maluszek, kiedyś Janek przywoził go od siebie do jego domu a po drodze spotkaliśmy się, przywitał się ze mną miło.
Jeden z jego synów mieszka za granicą. Podobnie jak moja córka. Rodzi to pewne problemy. Kiedyś myślałam, że będę bardzo cierpiała, gdy córka zechciałaby mnie opuścić. Wiedziałam, że samotność nie jest niczym przyjemnym, przez prawie 10 lat doświadczałam tego. Ale nigdy też nie myślałam, aby ją za wszelką cenę zatrzymać, gdy zachce dokonać innego wyboru.
Zawsze namawiałam ją do nauki języków. Ma zresztą talent w tym kierunku.
Kilka lat temu wyjechałyśmy razem na dwa lata. Uczyła się holenderskiego. Teraz mówi pięknie w tym języku, lubię słuchać jak radzi sobie, gdy gada siedząc w biurze do klientów.
Wyjechała na stypendium Sokratesa, potem zaczęła studiować sama, opłaciła sobie czesne. Teraz robi studia podyplomowe.
Uważam, że to, że radzi sobie sama jest wielkim szczęściem, również moim. Potrafi się utrzymać, opłaca swoje studia i mieszkanie. Teraz poznała chłopaka i wydaje mi się, że będzie dobrze i pozostaną ze sobą. Wiele mówi o nim dobrego. Są chyba szczęśliwi ze sobą, w Sylwestra go zobaczę, na razie widziałam go w kamerce.
Ale przecież ten blog nie jest po to, aby chwalić się dziećmi. Myślę, że mogłabym się podzielić moją koncepcją, co robić, aby zachowując radość ze swojego życia, nie zaniedbywać dziecka. I odwrotnie, żeby nie stać się niewolnikiem i zakładnikiem swojego dziecka.
Gdy zostałam sama, córka miała 16 lat. Wiek głupi, buntowniczy. Na wszystkich facetów reagowała dość alergicznie. Z perspektywy czasu nie mogę jej odmówić pewnej słuszności...hehe, żaden z facetów nie przetrwał próby czasu....
Zawsze chciałam być osobą niezależną, tak aby córka nie odczuwała tego, że ma jakiś moralny imperatyw, rezygnowania z własnego życia, aby zająć się matką. Znam takie układy samotna matka, z pretensjami i żalem do całego świata i córka, która po latach zostaje sama. Wszystko podporządkowuje swojej matce i zaniedbuje własne życie osobiste.
Ale to nie działa w dwie strony. Dziecko często czuje, że jest zagrożone, gdy matka próbuje sobie ułożyć życie z kimś. Nie aprobuje czasu, który spędza z partnerem. Wiem, jak bardzo to jest przykre, gdy trzeba udowadniać, że nie jest się wielbłądem. Do tego dziecko często ma własne preferencje. Wiele razy słyszałam: jak znosisz takiego egoistę, co to za palant.
Janka poznałam, gdy była już za granicą. Wcale na początku nie była zadowolona. Bywało różnie. Ale teraz, gdy poznała własnego chłopaka, zaczęła patrzeć na sprawy inaczej. Zrozumiała sama, że jak się przychodzi do domu i tam jest pusto to nie jest najprzyjemniejszy stan na świecie. Że istnieje ktoś, kto jest dla mnie dobry i może pewnie być też i z tego powodu spokojna...ale do tego wszystkiego dochodzi się z czasem. Do tego też, że ona zawsze będzie miała u mnie miejsce nie do zastąpienia....
W naszym wypadku dzieci już są dorosłe. Oprócz jednego małego synka. Trudno mi pisać o relacjach „sprzed” pomiędzy panami. Nie miałam kłopotów z tym, aby jego synowie traktowali mnie dobrze. Nawet maluszek, kiedyś Janek przywoził go od siebie do jego domu a po drodze spotkaliśmy się, przywitał się ze mną miło.
Jeden z jego synów mieszka za granicą. Podobnie jak moja córka. Rodzi to pewne problemy. Kiedyś myślałam, że będę bardzo cierpiała, gdy córka zechciałaby mnie opuścić. Wiedziałam, że samotność nie jest niczym przyjemnym, przez prawie 10 lat doświadczałam tego. Ale nigdy też nie myślałam, aby ją za wszelką cenę zatrzymać, gdy zachce dokonać innego wyboru.
Zawsze namawiałam ją do nauki języków. Ma zresztą talent w tym kierunku.
Kilka lat temu wyjechałyśmy razem na dwa lata. Uczyła się holenderskiego. Teraz mówi pięknie w tym języku, lubię słuchać jak radzi sobie, gdy gada siedząc w biurze do klientów.
Wyjechała na stypendium Sokratesa, potem zaczęła studiować sama, opłaciła sobie czesne. Teraz robi studia podyplomowe.
Uważam, że to, że radzi sobie sama jest wielkim szczęściem, również moim. Potrafi się utrzymać, opłaca swoje studia i mieszkanie. Teraz poznała chłopaka i wydaje mi się, że będzie dobrze i pozostaną ze sobą. Wiele mówi o nim dobrego. Są chyba szczęśliwi ze sobą, w Sylwestra go zobaczę, na razie widziałam go w kamerce.
Ale przecież ten blog nie jest po to, aby chwalić się dziećmi. Myślę, że mogłabym się podzielić moją koncepcją, co robić, aby zachowując radość ze swojego życia, nie zaniedbywać dziecka. I odwrotnie, żeby nie stać się niewolnikiem i zakładnikiem swojego dziecka.
Gdy zostałam sama, córka miała 16 lat. Wiek głupi, buntowniczy. Na wszystkich facetów reagowała dość alergicznie. Z perspektywy czasu nie mogę jej odmówić pewnej słuszności...hehe, żaden z facetów nie przetrwał próby czasu....
Zawsze chciałam być osobą niezależną, tak aby córka nie odczuwała tego, że ma jakiś moralny imperatyw, rezygnowania z własnego życia, aby zająć się matką. Znam takie układy samotna matka, z pretensjami i żalem do całego świata i córka, która po latach zostaje sama. Wszystko podporządkowuje swojej matce i zaniedbuje własne życie osobiste.
Ale to nie działa w dwie strony. Dziecko często czuje, że jest zagrożone, gdy matka próbuje sobie ułożyć życie z kimś. Nie aprobuje czasu, który spędza z partnerem. Wiem, jak bardzo to jest przykre, gdy trzeba udowadniać, że nie jest się wielbłądem. Do tego dziecko często ma własne preferencje. Wiele razy słyszałam: jak znosisz takiego egoistę, co to za palant.
Janka poznałam, gdy była już za granicą. Wcale na początku nie była zadowolona. Bywało różnie. Ale teraz, gdy poznała własnego chłopaka, zaczęła patrzeć na sprawy inaczej. Zrozumiała sama, że jak się przychodzi do domu i tam jest pusto to nie jest najprzyjemniejszy stan na świecie. Że istnieje ktoś, kto jest dla mnie dobry i może pewnie być też i z tego powodu spokojna...ale do tego wszystkiego dochodzi się z czasem. Do tego też, że ona zawsze będzie miała u mnie miejsce nie do zastąpienia....
poniedziałek, 30 listopada 2009
czasem się trudno przemóc.....
Dużo się pisze ostatnio o zdeformowanych duszach pochodzących z netu. Dla wielu ludzi siedzących w necie, proces poznawania nie wychodzi poza fazę wirtualną. Wiele osób uważa, że w sieci można się jedynie natknąć na psycholi. Z całą pewnością każda z osób, która działa aktywnie w necie, spotkała się z ludźmi, co najmniej dziwnymi. Część z panów, ale i pań praktycznie w ogóle nie dążyła do konfrontacji w rzeczywistości. Mnie samej zdarzyło się kilkakrotnie korespondować w sposób uporczywy. Fakt, lubię pisać, ale prawdą jest, że nie miałam zwykle zamiaru korespondować miesiącami, raczej uważałam to za przyczynek do zawarcia całkiem realnej znajomości. Jeszcze jakiś czas temu, miałam kompleksy i doprawdy dla mnie było ważne, jak wypadnę w rzeczywistości. Ale raczej nie starałam się odwlekać momentu spotkania.
Zapewne, idąc za Gregiem Behrendtem, autorem „Nie zależy mu na tobie” – książkę naprawdę polecam kobietom, które tkwią w bezsensownych związkach- mogłabym wylistować całą masę słów wytrychów, które pomagają zidentyfikować manipulanta, którego celem jest prowadzenie jakichś tajemniczych gierek. Zauważyłam też, że cała masa takich ludzi rezyduje w Sympatii.
Mój blog nie jest ani komercyjny, jakkolwiek będę zawsze darzyła wielką estymą portal My Dwoje, bo tam poznałam moje szczęście, nie ukrywam, że wcześniej też próbowałam szczęścia na innych portalach. Poprzez gigantyczny i ogólnopolski zasięg ten portal ma ogromną siłę oddziaływania. Dociera też poza granice.
To prawda, że swatanie jest delikatną materią, wymagającą taktu i kultury. Jednak na biurach matrymonialnych wisiało odium, że jest ostatnią deską ratunku dla urodziwych inaczej, ten stereotyp jakże mi się utrwalił przez oglądanie Jana Serce. Nie wyobrażałabym sobie, abym potrafiła po kilku nieudanych trafieniach, nadal tam przebywać i szukać dalej. Netowe portale dawały szanse anonimowości. Ale też dawały szanse istnienia dużej gromadzie ludzi, którzy naprawdę nie wiedzieli, czego chcą.
Koszty bycia na Sympatii są niewielkie. Ale osobiście uważam, że jak w ciągu pół roku nie trafi się na kogoś to coś jest nie tak. Przez te niewielkie koszty, które są płatne ad hoc sms, rezydują ludzie miesiącami i latami.
Z moich doświadczeń wiem, że zwykle każda osoba dostaje jakieś propozycje. Ale 90% propozycji wysyłanych przez „Sympatycznych” to były oferty jednorazowej przygody łóżkowej, wysyłane przez ludzi daleko ode mnie młodszych. Nawet w końcu nabrałam wprawy w odpowiadaniu złośliwy, tak, aby takim jegomościom w pięty poszło. Mogę zrozumieć deficyt ciepła i miłości, interesowność obu płci. Ale faktem jest, że chyba moderator takiego portalu może a nawet powinien takie liściki kasować. Albo przynajmniej powinna być możliwość nieodbierania ich, ignorowania, ale w taki sposób, aby wysyłający czuł, że przegina.
I chyba przez takie dopuszczanie swawoli, wiele skądinąd spokojnych babek, w tym moich znajomych, nie dopuszcza możliwości zalogowania się. Wysyłający zwykle nie zamierza nawet sprawdzić do kogo wysyła taką wiadomość. Ale jest to naprawdę irytujące.
I cieszy mnie to, że obecnie są portale, które tak czy owak dają możliwość ignorowania i danie tego do zrozumienia, że nie ma się na takie rzeczy ochoty…..i że jednym z nich jest My Dwoje….Tam trzeba zaakceptować fakt, że od danego jegomościa chce się dostawać wiadomości…i to jest naprawdę dobre…
Zapewne, idąc za Gregiem Behrendtem, autorem „Nie zależy mu na tobie” – książkę naprawdę polecam kobietom, które tkwią w bezsensownych związkach- mogłabym wylistować całą masę słów wytrychów, które pomagają zidentyfikować manipulanta, którego celem jest prowadzenie jakichś tajemniczych gierek. Zauważyłam też, że cała masa takich ludzi rezyduje w Sympatii.
Mój blog nie jest ani komercyjny, jakkolwiek będę zawsze darzyła wielką estymą portal My Dwoje, bo tam poznałam moje szczęście, nie ukrywam, że wcześniej też próbowałam szczęścia na innych portalach. Poprzez gigantyczny i ogólnopolski zasięg ten portal ma ogromną siłę oddziaływania. Dociera też poza granice.
To prawda, że swatanie jest delikatną materią, wymagającą taktu i kultury. Jednak na biurach matrymonialnych wisiało odium, że jest ostatnią deską ratunku dla urodziwych inaczej, ten stereotyp jakże mi się utrwalił przez oglądanie Jana Serce. Nie wyobrażałabym sobie, abym potrafiła po kilku nieudanych trafieniach, nadal tam przebywać i szukać dalej. Netowe portale dawały szanse anonimowości. Ale też dawały szanse istnienia dużej gromadzie ludzi, którzy naprawdę nie wiedzieli, czego chcą.
Koszty bycia na Sympatii są niewielkie. Ale osobiście uważam, że jak w ciągu pół roku nie trafi się na kogoś to coś jest nie tak. Przez te niewielkie koszty, które są płatne ad hoc sms, rezydują ludzie miesiącami i latami.
Z moich doświadczeń wiem, że zwykle każda osoba dostaje jakieś propozycje. Ale 90% propozycji wysyłanych przez „Sympatycznych” to były oferty jednorazowej przygody łóżkowej, wysyłane przez ludzi daleko ode mnie młodszych. Nawet w końcu nabrałam wprawy w odpowiadaniu złośliwy, tak, aby takim jegomościom w pięty poszło. Mogę zrozumieć deficyt ciepła i miłości, interesowność obu płci. Ale faktem jest, że chyba moderator takiego portalu może a nawet powinien takie liściki kasować. Albo przynajmniej powinna być możliwość nieodbierania ich, ignorowania, ale w taki sposób, aby wysyłający czuł, że przegina.
I chyba przez takie dopuszczanie swawoli, wiele skądinąd spokojnych babek, w tym moich znajomych, nie dopuszcza możliwości zalogowania się. Wysyłający zwykle nie zamierza nawet sprawdzić do kogo wysyła taką wiadomość. Ale jest to naprawdę irytujące.
I cieszy mnie to, że obecnie są portale, które tak czy owak dają możliwość ignorowania i danie tego do zrozumienia, że nie ma się na takie rzeczy ochoty…..i że jednym z nich jest My Dwoje….Tam trzeba zaakceptować fakt, że od danego jegomościa chce się dostawać wiadomości…i to jest naprawdę dobre…
środa, 25 listopada 2009
przez żołądek......
Kiedy w wieku fifty and over przestają być istotne dla współpartnerów kryteria genetyczne, bo potomstwa raczej się nie planuje, często trudność sprawia ustalenie właściwie czego można oczekiwać od potencjalnego partnera. Bo to, co ważne w młodości, później wydaje się być marginalne.....
Zadziwiają mnie kobiety, które ustawiają wysoko poprzeczkę i mają podobne wymagania, jak w wieku lat dwudziestu kilku, że ma być wspaniały, mądry, szalony, zasobny i intrygujący a nade wszystko przystojny.
Ja raczej jestem zwolenniczką dogłębnego spojrzenia w lustro. Ile procent z nas ma szansę wyglądać jak nie przymierzając Joan Collins czy Jane Fonda. Konkurować z całą rzeszą młodych i jędrnych ciałek....Fakt, teraz i tamte panie są już raczej zmurszałymi staruszkami. Ostatnio nawet zaskoczył mnie widok pomarszczonej Małgorzaty Braunek w „Domu nad rozlewiskiem”. Sypanie się jest niestety integralnie związane z upływem czasu. I nie ma na to rady, pomimo ton kremu wklepywanego, godzin na siłowni, botoxu czy spa.
Jedna z moich przyjaciółek swego czasu uznawała, że starsi faceci są nudni. Przewidywalni. Z młodymi jest o czym pogadać, są prężni intelektualnie. To prawda, ale jakie my jesteśmy, widziane z perspektywy niejednokrotnie równie bezkrytycznych facetów?
Zbyt duże mniemanie o własnej urodzie, omnipotencji i możliwościach powoduje frustracje.
Ale czy murszejąc, nie mamy prawa do radości? Jeśli odpowiednio ustawimy kryteria co ma nam sprawiać radość, to czemu nie. Nie będziemy skazane na nieudacznika czy bambosza jeśli tego nie chcemy, bo intelekt się nie starzeje, tak jak ciało....dopóki nie dopadnie skleroza. Wiele babek po 50 a nawet młodszych uważa, że ciąg dalszy ich życia będzie beznadziejny, bo co dobre już przeżyło...moje zaprzyjaźnione samotne koleżanki często nie widzą, że życie może być inne niż dotychczas, dlatego trwają na smutnej kontestacji, że tak się stało to tak musi być. Przestają zwykle się rozwijać. Podziwiam babki, które potrafią w wielu ok. 50 studiować. Mam taką w otoczeniu. Odróżnia się pozytywnie od zgnuśniałej większości....
Kontemplując uroki życia stwierdziłam, że miłym zaskoczeniem było stwierdzenie, że facet może umieć gotować! Nigdy nie rozpatrywałabym kandydata pod tym kątem, ale umiejętność gotowania przez Janka jest czymś cudownym. W pewnym wieku nie ma potrzeby katowania się dietą, raczej ważna jest umiejętność dobrego ustawienia nawyków żywnościowych . Bo laską jak się nie było to i tak się nie będzie....
Teraz delektujemy się jego znakomitym sosem do spaghetti, naleśniczkami, które się nie rwą i nie rozłażą (dalibóg, zawsze miałam z tym problemy), peklowanym i pieczonym mięsem indyczym czy pieczonym boczkiem, do dziś pamiętam jak fachowo nakłuwał i wstrzykiwał roztwór soli...Ciast zwykle nie piecze, ale zupki robi znakomite, wie ile czego dodawać. Do tego nie używa za dużo tłuszczu, zbiera go z zup, czego nigdy nie robiłam, nauczył mnie tego. Staramy się nie używać wieprzowiny. Robi sałatki z łososiem, owocami morza. Do tego to lubi.
W dzisiejszej Polityce przeczytałam, jak gotowanie zmieniło małpy w ludzi. Jest to przewrotne twierdzenie, ale antropolog Richard Wrangham twierdzi, że ludzie są jedynym gatunkiem, który potrafi jeść wspólnie w spokoju nie wyrywając sobie żarcia. Rozbawił mnie też fragment, że wśród ludu Tiwi na wyspach koło Australii, pierwsze małżeństwa faceci zawierają z kobietami starszymi, niejednokrotnie w wieku menopauzalnym. I są szczęśliwi, że wreszcie ich kto ma nakarmić. Spłodzić dziecko mogą z kimś innym. A zdradą jest, gdy kobieta nakarmi innego a nie z kimś innym się prześpi. Widać coś w tym jest....:
Zadziwiają mnie kobiety, które ustawiają wysoko poprzeczkę i mają podobne wymagania, jak w wieku lat dwudziestu kilku, że ma być wspaniały, mądry, szalony, zasobny i intrygujący a nade wszystko przystojny.
Ja raczej jestem zwolenniczką dogłębnego spojrzenia w lustro. Ile procent z nas ma szansę wyglądać jak nie przymierzając Joan Collins czy Jane Fonda. Konkurować z całą rzeszą młodych i jędrnych ciałek....Fakt, teraz i tamte panie są już raczej zmurszałymi staruszkami. Ostatnio nawet zaskoczył mnie widok pomarszczonej Małgorzaty Braunek w „Domu nad rozlewiskiem”. Sypanie się jest niestety integralnie związane z upływem czasu. I nie ma na to rady, pomimo ton kremu wklepywanego, godzin na siłowni, botoxu czy spa.
Jedna z moich przyjaciółek swego czasu uznawała, że starsi faceci są nudni. Przewidywalni. Z młodymi jest o czym pogadać, są prężni intelektualnie. To prawda, ale jakie my jesteśmy, widziane z perspektywy niejednokrotnie równie bezkrytycznych facetów?
Zbyt duże mniemanie o własnej urodzie, omnipotencji i możliwościach powoduje frustracje.
Ale czy murszejąc, nie mamy prawa do radości? Jeśli odpowiednio ustawimy kryteria co ma nam sprawiać radość, to czemu nie. Nie będziemy skazane na nieudacznika czy bambosza jeśli tego nie chcemy, bo intelekt się nie starzeje, tak jak ciało....dopóki nie dopadnie skleroza. Wiele babek po 50 a nawet młodszych uważa, że ciąg dalszy ich życia będzie beznadziejny, bo co dobre już przeżyło...moje zaprzyjaźnione samotne koleżanki często nie widzą, że życie może być inne niż dotychczas, dlatego trwają na smutnej kontestacji, że tak się stało to tak musi być. Przestają zwykle się rozwijać. Podziwiam babki, które potrafią w wielu ok. 50 studiować. Mam taką w otoczeniu. Odróżnia się pozytywnie od zgnuśniałej większości....
Kontemplując uroki życia stwierdziłam, że miłym zaskoczeniem było stwierdzenie, że facet może umieć gotować! Nigdy nie rozpatrywałabym kandydata pod tym kątem, ale umiejętność gotowania przez Janka jest czymś cudownym. W pewnym wieku nie ma potrzeby katowania się dietą, raczej ważna jest umiejętność dobrego ustawienia nawyków żywnościowych . Bo laską jak się nie było to i tak się nie będzie....
Teraz delektujemy się jego znakomitym sosem do spaghetti, naleśniczkami, które się nie rwą i nie rozłażą (dalibóg, zawsze miałam z tym problemy), peklowanym i pieczonym mięsem indyczym czy pieczonym boczkiem, do dziś pamiętam jak fachowo nakłuwał i wstrzykiwał roztwór soli...Ciast zwykle nie piecze, ale zupki robi znakomite, wie ile czego dodawać. Do tego nie używa za dużo tłuszczu, zbiera go z zup, czego nigdy nie robiłam, nauczył mnie tego. Staramy się nie używać wieprzowiny. Robi sałatki z łososiem, owocami morza. Do tego to lubi.
W dzisiejszej Polityce przeczytałam, jak gotowanie zmieniło małpy w ludzi. Jest to przewrotne twierdzenie, ale antropolog Richard Wrangham twierdzi, że ludzie są jedynym gatunkiem, który potrafi jeść wspólnie w spokoju nie wyrywając sobie żarcia. Rozbawił mnie też fragment, że wśród ludu Tiwi na wyspach koło Australii, pierwsze małżeństwa faceci zawierają z kobietami starszymi, niejednokrotnie w wieku menopauzalnym. I są szczęśliwi, że wreszcie ich kto ma nakarmić. Spłodzić dziecko mogą z kimś innym. A zdradą jest, gdy kobieta nakarmi innego a nie z kimś innym się prześpi. Widać coś w tym jest....:
wtorek, 24 listopada 2009
Zdjęcia...czy wklejać i jakie....
Dziś ciąg dalszy historii wirtualnych „podrywów”. Amorweb dość szybko zakończył żywot, pojawiły się pierwsze strony randkowe na portalach. Zaczęły być ogromną konkurencją, takie bazy danych pojawiły się na stronach Interii, Wirtualnej Polski a na końcu chyba w Onecie. Strona Onetu chyba uzyskała największy rozgłos, jako Sympatia jest do dziś ogromną bazą danych. Walorem tej strony jest olbrzymi zasięg i faktycznie zdeklasowała ona przeciwników ilością ludzi, którzy dziennie mogą ją obejrzeć. Co również jest jej absolutną wadą, ale o tym później..
Jako zjawisko marginalne pojawiła się e-randka, jakaś podstrona firmy, która zajmowała się …sprzedażą i wyposażaniem szpitali w sprzęt informatyczny i komputery. Ale o dziwo, z tejże e-randki udało mi się wyłowić całkiem ciekawych ludzi, jeszcze ciągle były to czasy, kiedy panowie absolutnie zdominowali strony randkowe. Funkcjonowały również kluby e-randki, dla mnie to było wręcz zadziwiające, bo to raczej była strona niszowa.
Również w e-randce nie było możliwości wklejania zdjęć. I z tych czasów rekrutowały się dowcipy na temat poznawania się w sieci ludzi kompletnie do siebie nie pasujących, nie było możliwości weryfikacji na etapie poznawania się – właśnie z powodu braku zdjęć. Zresztą tak naprawdę w naszej obyczajowości trudno było na początku zdecydować się na umieszczenie zdjęcia, no bo jeszcze ktoś z pracy znajdzie….
Umieszczanie zdjęcia na swojej stronie to pewna decyzja, która powoduje wystawienie się na widok publiczny i przyznanie się: tak , jestem samotny/a, poszukuję kogoś do towarzystwa, chcę kogoś poznać. W naszej obyczajowości nie jest to do końca akceptowane. Młodzież oglądająca zdjęcie nauczycielki – wręcz były programy, piętnujące to, że nie wypada….. Choć na zagranicznych stronach można było spotkać zdjęcia i nikt się tym nie przejmował, to u nas był to temat tabu. Długo się wahałam, czy zgodzić się na umieszczenie swojej fotki zdjęcia, spodziewając się nieprzychylnych reakcji. Ale w końcu stało się to kanonem, do dziś pisze się często, że na oferty bez zdjęcia nie odpowiadam.
Siłą – a zarazem słabością Sympatii była możliwość nieograniczonego przeglądania zdjęć. Z jednej strony morze ofert. Z drugiej jak na targu, „towar” leżał i cały czas był do wglądu. W końcu jest fotoshop i „kaszalota” zawsze można było przerobić się na „Barbie”. Umieszczało się zdjęcia siostry, swoje sprzed lat, co więcej sporo ludzi tek do tej pory robi a moderator wywalał jak umieści zdjęcie swojego psa.
Jak dopięło się swego, zawsze można było wrócić do katalogu i szukanie zacząć od nowa.
W My Dwoje już nie każdy może ot tak sobie oglądać wszystkich. Zezwolenie na oglądanie zdjęcia uważam za dobre posunięcie. Wizerunek własny to dobro osobiste. Jeśli dana osoba pasuje, fakt, warto wiedzieć jak wygląda. Ale niekoniecznie wcześniej....
Przyznaję jednak, że będąc „czterdziechą” nigdy nie spotkałam się z nieprzyjemnymi incydentami i komentarzami pod adresem mojego wyglądu. Oczywiście nie zawsze znajomość była kontynuowana, zresztą to należy wkalkulować sobie w koszty. W końcu nie każdy musi się podobać wszystkim. Własna, dobrze pojęta samoocena pozwala na przyjmowanie takich porażek, że komuś się nie podoba wygląd, jako rzecz całkowicie normalną…….
Jako zjawisko marginalne pojawiła się e-randka, jakaś podstrona firmy, która zajmowała się …sprzedażą i wyposażaniem szpitali w sprzęt informatyczny i komputery. Ale o dziwo, z tejże e-randki udało mi się wyłowić całkiem ciekawych ludzi, jeszcze ciągle były to czasy, kiedy panowie absolutnie zdominowali strony randkowe. Funkcjonowały również kluby e-randki, dla mnie to było wręcz zadziwiające, bo to raczej była strona niszowa.
Również w e-randce nie było możliwości wklejania zdjęć. I z tych czasów rekrutowały się dowcipy na temat poznawania się w sieci ludzi kompletnie do siebie nie pasujących, nie było możliwości weryfikacji na etapie poznawania się – właśnie z powodu braku zdjęć. Zresztą tak naprawdę w naszej obyczajowości trudno było na początku zdecydować się na umieszczenie zdjęcia, no bo jeszcze ktoś z pracy znajdzie….
Umieszczanie zdjęcia na swojej stronie to pewna decyzja, która powoduje wystawienie się na widok publiczny i przyznanie się: tak , jestem samotny/a, poszukuję kogoś do towarzystwa, chcę kogoś poznać. W naszej obyczajowości nie jest to do końca akceptowane. Młodzież oglądająca zdjęcie nauczycielki – wręcz były programy, piętnujące to, że nie wypada….. Choć na zagranicznych stronach można było spotkać zdjęcia i nikt się tym nie przejmował, to u nas był to temat tabu. Długo się wahałam, czy zgodzić się na umieszczenie swojej fotki zdjęcia, spodziewając się nieprzychylnych reakcji. Ale w końcu stało się to kanonem, do dziś pisze się często, że na oferty bez zdjęcia nie odpowiadam.
Siłą – a zarazem słabością Sympatii była możliwość nieograniczonego przeglądania zdjęć. Z jednej strony morze ofert. Z drugiej jak na targu, „towar” leżał i cały czas był do wglądu. W końcu jest fotoshop i „kaszalota” zawsze można było przerobić się na „Barbie”. Umieszczało się zdjęcia siostry, swoje sprzed lat, co więcej sporo ludzi tek do tej pory robi a moderator wywalał jak umieści zdjęcie swojego psa.
Jak dopięło się swego, zawsze można było wrócić do katalogu i szukanie zacząć od nowa.
W My Dwoje już nie każdy może ot tak sobie oglądać wszystkich. Zezwolenie na oglądanie zdjęcia uważam za dobre posunięcie. Wizerunek własny to dobro osobiste. Jeśli dana osoba pasuje, fakt, warto wiedzieć jak wygląda. Ale niekoniecznie wcześniej....
Przyznaję jednak, że będąc „czterdziechą” nigdy nie spotkałam się z nieprzyjemnymi incydentami i komentarzami pod adresem mojego wyglądu. Oczywiście nie zawsze znajomość była kontynuowana, zresztą to należy wkalkulować sobie w koszty. W końcu nie każdy musi się podobać wszystkim. Własna, dobrze pojęta samoocena pozwala na przyjmowanie takich porażek, że komuś się nie podoba wygląd, jako rzecz całkowicie normalną…….
niedziela, 22 listopada 2009
co by było gdyby....:)
Dziś robiliśmy z Jankiem rekonesans na mojej działce. Nie podoba mi się, ze w dywanie zbiera się na pięterku wilgoć. Bo w konstrukcji nie przewidziałam wietrzenia i kratek wentylacyjnych. No cóż, moja nieudolność...Właściwie to Jasiek zauważył....I przyszła znów do głowy uparta myśl, która czasem wraca, że naprawdę szkoda, że tak późno się poznaliśmy. Człowiek nie ma na to wpływu...Mam domek, który moglibyśmy budować wspólnie. tak on ma swój a ja swój....i całe mnóstwo kłopotów. No i pytanie - gdzie właściwie siedzieć....
Widzisz- mówiłam do niego....dom ten robiłam tylko dla siebie jednej i nie było nikogo sensownego aby mi powiedział, co mam zrobić z wieloma rzeczami. Właściwie wszędzie gdyby fachowcy byli pilnowani przez faceta, ale nie przez mojego eks, to pewnie wiele rzeczy też wyglądałoby inaczej. To był typ, który potrafił tylko mądrzyć się i obrażać, do tego brałam dyletantów i potrzebowałam czasem mądrej rady od kogoś, kto ma do tego serce........ Chciałam możliwie najtańszym kosztem urządzić chałupę, bo miała być tylko dla mnie i nie przypuszczałam, że rozwój spraw będzie inny - uśmiechnęłam się do Janka. Nie sądziłam, że los mi cię ześle....
Pogadaliśmy o instalacji do ogrzewania. Gdyby była w tym roku, pewnie Wigilia byłaby już w tym domu, ale niestety, nie da rady. Ale może wspólnie uda nam się wykombinować jakiś optymalny sposób, aby zrobić ogrzewanie w przyszłym roku?
Bo tak już jest – ciągnęłam- gdybym ciebie znała wcześniej to pewnie byłoby zupełnie inaczej, wiele rzeczy by miało swoje miejsce. Na pewno lepiej spędziłabym czas z tobą niż podglądając korespondencję do babek, którą uprawiał mój eks i tracąc czas na węszenie śladów jego wiarołomstwa.... Znasz się na antykach, które tam, gdzie byłam są za bezcen i pewnie wiele rzeczy byśmy mogli kupić tam na pchlich targach, pięknych i za niezłe pieniądze. A ja jestem dyletantem w tej kwestii....Ty z kolei zadręczałeś się doprowadziłeś się do schlastanych nerwów i choroby walcząc z wiatrakami.....
No cóż, raz, że zwykle Pan Bóg śmieje się z naszych planów a dwa....gdyby człowiek wiedział co go czeka..gdzie upadnie, z całą pewnością podłożyłby sobie w stosowne miejsce poduszkę....
Widzisz- mówiłam do niego....dom ten robiłam tylko dla siebie jednej i nie było nikogo sensownego aby mi powiedział, co mam zrobić z wieloma rzeczami. Właściwie wszędzie gdyby fachowcy byli pilnowani przez faceta, ale nie przez mojego eks, to pewnie wiele rzeczy też wyglądałoby inaczej. To był typ, który potrafił tylko mądrzyć się i obrażać, do tego brałam dyletantów i potrzebowałam czasem mądrej rady od kogoś, kto ma do tego serce........ Chciałam możliwie najtańszym kosztem urządzić chałupę, bo miała być tylko dla mnie i nie przypuszczałam, że rozwój spraw będzie inny - uśmiechnęłam się do Janka. Nie sądziłam, że los mi cię ześle....
Pogadaliśmy o instalacji do ogrzewania. Gdyby była w tym roku, pewnie Wigilia byłaby już w tym domu, ale niestety, nie da rady. Ale może wspólnie uda nam się wykombinować jakiś optymalny sposób, aby zrobić ogrzewanie w przyszłym roku?
Bo tak już jest – ciągnęłam- gdybym ciebie znała wcześniej to pewnie byłoby zupełnie inaczej, wiele rzeczy by miało swoje miejsce. Na pewno lepiej spędziłabym czas z tobą niż podglądając korespondencję do babek, którą uprawiał mój eks i tracąc czas na węszenie śladów jego wiarołomstwa.... Znasz się na antykach, które tam, gdzie byłam są za bezcen i pewnie wiele rzeczy byśmy mogli kupić tam na pchlich targach, pięknych i za niezłe pieniądze. A ja jestem dyletantem w tej kwestii....Ty z kolei zadręczałeś się doprowadziłeś się do schlastanych nerwów i choroby walcząc z wiatrakami.....
No cóż, raz, że zwykle Pan Bóg śmieje się z naszych planów a dwa....gdyby człowiek wiedział co go czeka..gdzie upadnie, z całą pewnością podłożyłby sobie w stosowne miejsce poduszkę....
niedziela, 15 listopada 2009
wspomnienia o zakochaniach wirtualnych
Trudno mi teraz pisać o urokach poznawania panów przez portale, bo od prawie dwóch lat jestem w związku i nie zamierzam nic z tym robić. Oboje z Jankiem odnaleźliśmy siebie, w ogóle trudno byłoby teraz pisać na temat jak jest nam dobrze, aby nie zatrącało to o banał.
Ale szukałam kiedyś. I to długo. Pierwszym portalem, na którym złożyłam ofertę był Amorweb. To było w czasach, kiedy nie było „dzieci neostrady”, co według mnie jest synonimem buractwa i braku etykiety sieciowej. Do internetu mieli dostęp jedynie ludzie pracujący w branży informatycznej, naukowcy i pokrewni. Internet się ściągało za pomocą tepsy. Uczyłam się sama internetu, płacąc czasem bajońskie rachunki. Ale warto było...
Amorweb – teraz pod tą nazwą kryje się coś całkiem innego – był poznańską firmą, właściwie to była zwykła baza danych. Nie wiem, czy admin ingerował czy nie w wypowiedzi, ale faktem jest, że anonse były zwykle bardzo kulturalne. Babek w moim wieku było naprawdę niewiele, miałam wówczas po 40, więc każda miała wzięcie. Facetów było wielokrotnie więcej. Oczywiście całkiem inaczej wyglądało to zapewne w wieku młodszym a całkiem inaczej w starszym. Czterdziecha już była raczej uważana za starszą.
Nie było zdjęć, pojawiły się pierwsze skanery i oczywiście nie umieszczało się zdjęć na stronie Amorweba, więc nie wiadomo było na kogo się trafi. Ale potem zwykle się wysyłało zeskanowane zdjęcie mailem. Był to piękny okres, gdy rozwijała się znakomita korespondencja mailowa.
Pierwszy facet, którego poznałam w sieci to był chyba informatyk z Niemiec. Ale Polak z pochodzenia. Pisaliśmy do siebie miłe listy, jednak sprawa zdechła z powodu braku motywacji. On chyba rzadko bywał w Polsce. Ale potem udało mi się poznać kilku panów ,z którymi bardzo długo utrzymywałam kontakty towarzysko- przyjacielskie. Do tego wykształciłam w sobie umiejętność pisania maili, mogłam ich pisać dowolną ilość. Kryterium stało się dla mnie poznanie faceta z gigantycznym polotem, który potrafi pisać znakomite listy. Wtedy poznałam W. i absolutnie powalił mnie swoimi listami.
To było takie małe formy literackie, pamiętam jak siedziałam po Wigilii przeczytałam opis jak jedzie ośnieżoną drogą w Krakowie, gdzie mieszkał , ślizgając się jedną oponą po szosie, pisał też pięknie o prószącym śniegu, czerwono- zielonych dekoracjach, swojej samotności i tęsknocie. Nie, nie za mną, przecież jeszcze się nie znaliśmy, ogólnie zakochałam się w jego listach.To było coś nowego - zauroczenie wirtualne, w obrazie kogoś, kogo się nie zna....
Pisaliśmy długo, gdzieś w styczniu się poznaliśmy. Porywający chłopak...ale nie do życia. Czasem Jankowi o nim wspominam. Jako o czymś całkowicie odrealnionym. O tym, jak łatwo się zakochać wirtualnie, tylko nie ma to żadnego związku z rzeczywistością. Ale co by nie powiedzieć, miło wspominam Amorweb.....to był na tamte czasy niezły portal....
Ale szukałam kiedyś. I to długo. Pierwszym portalem, na którym złożyłam ofertę był Amorweb. To było w czasach, kiedy nie było „dzieci neostrady”, co według mnie jest synonimem buractwa i braku etykiety sieciowej. Do internetu mieli dostęp jedynie ludzie pracujący w branży informatycznej, naukowcy i pokrewni. Internet się ściągało za pomocą tepsy. Uczyłam się sama internetu, płacąc czasem bajońskie rachunki. Ale warto było...
Amorweb – teraz pod tą nazwą kryje się coś całkiem innego – był poznańską firmą, właściwie to była zwykła baza danych. Nie wiem, czy admin ingerował czy nie w wypowiedzi, ale faktem jest, że anonse były zwykle bardzo kulturalne. Babek w moim wieku było naprawdę niewiele, miałam wówczas po 40, więc każda miała wzięcie. Facetów było wielokrotnie więcej. Oczywiście całkiem inaczej wyglądało to zapewne w wieku młodszym a całkiem inaczej w starszym. Czterdziecha już była raczej uważana za starszą.
Nie było zdjęć, pojawiły się pierwsze skanery i oczywiście nie umieszczało się zdjęć na stronie Amorweba, więc nie wiadomo było na kogo się trafi. Ale potem zwykle się wysyłało zeskanowane zdjęcie mailem. Był to piękny okres, gdy rozwijała się znakomita korespondencja mailowa.
Pierwszy facet, którego poznałam w sieci to był chyba informatyk z Niemiec. Ale Polak z pochodzenia. Pisaliśmy do siebie miłe listy, jednak sprawa zdechła z powodu braku motywacji. On chyba rzadko bywał w Polsce. Ale potem udało mi się poznać kilku panów ,z którymi bardzo długo utrzymywałam kontakty towarzysko- przyjacielskie. Do tego wykształciłam w sobie umiejętność pisania maili, mogłam ich pisać dowolną ilość. Kryterium stało się dla mnie poznanie faceta z gigantycznym polotem, który potrafi pisać znakomite listy. Wtedy poznałam W. i absolutnie powalił mnie swoimi listami.
To było takie małe formy literackie, pamiętam jak siedziałam po Wigilii przeczytałam opis jak jedzie ośnieżoną drogą w Krakowie, gdzie mieszkał , ślizgając się jedną oponą po szosie, pisał też pięknie o prószącym śniegu, czerwono- zielonych dekoracjach, swojej samotności i tęsknocie. Nie, nie za mną, przecież jeszcze się nie znaliśmy, ogólnie zakochałam się w jego listach.To było coś nowego - zauroczenie wirtualne, w obrazie kogoś, kogo się nie zna....
Pisaliśmy długo, gdzieś w styczniu się poznaliśmy. Porywający chłopak...ale nie do życia. Czasem Jankowi o nim wspominam. Jako o czymś całkowicie odrealnionym. O tym, jak łatwo się zakochać wirtualnie, tylko nie ma to żadnego związku z rzeczywistością. Ale co by nie powiedzieć, miło wspominam Amorweb.....to był na tamte czasy niezły portal....
czwartek, 12 listopada 2009
stary mąż.....
Tak sobie dziś myślałam na temat życia we dwoje i różnicy wieku. Do tych rozważań skłonił mnie artykuł w Polityce, który przeczytałam a dotyczył Andrzeja Łapickiego i jego nowej młodej żony. Zdjęcia do artykułu były dość optymistyczne, znany aktor w parku, w dość sportowej kurteczce z małżonką Kamilą, wyglądającą jak jego wnuczka, taka trochę rozbrykana.
Sądzę, że chcą dołączyć do celebrities, może trochę jak i Jan Nowicki, zrobić sobie odrobinę reklamy, no i zarobić. Przyznam, że mnie to nie zaszokowało, bo zwykle prawdopodobieństwo, że facet leciwy znajdzie sobie młodą dziewczynę jest zwykle większe niż odwrotnie. Ale ta ich różnica wieku jest jednak dla mnie szokująca.
Ogólnie aura nienajlepsza, psy nie chciały dobrowolnie spacerować tylko siku i z powrotem a jamniora trzeba było w ogóle wynosić siłą. Gadaliśmy z Jankiem, jak w taką pogodę w ogóle ma się siłę łazić....I zadaję sobie pytanie, czy w ogóle w wieku Łapickiego da się podrywać z marszu, jeśli my, o 25 lat młodsi nie zawsze mamy speeda:) Pomimo tego, że Łapicki deklaruje się, że oszukał starość to zwyczajnie nie wierzę, że wstaje jak skowronek. Po prostu w pewnym wieku zwyczajnie organizm wysiada i można tylko pobożne życzenia brać za rzeczywistość.
Mam ojca lat 84, bardzo żywotny człowiek Ma drugą żonę o 16 lat młodszą, ale jednak jest to już szacowna pani po 60. Znosi cierpliwie jego dolegliwości, nie ma on ich zbytnio dużo, ale często się przeziębia, ma jakieś kłopoty z ciśnieniem, i innymi sprawami, które przytrafiają się panom w starszym wieku. Ona chyba nawet ma więcej dolegliwości. Razem latają na badania, spisują sobie w specjalnych zeszycikach. Jestem szczęśliwa, że mają siebie, wielu ojców moich koleżanek, gdy owdowiało, szybko w samotności zeszli z tego świata.
Poza tym jest sporo takich par, Znany związek Celine Dijon ze swoim managerem, tak było i z Pavarottim, są kobiety, które potrzebują ojców, takie preferencje widać mają. Ale zaraz potrzebować dziadków?
Ale ciekawi mnie jak tacy ludzie naprawdę żyją? w sumie razem nawet niekoniecznie musi chodzić o seks. Różni ludzie mają różne potrzeby i możliwości. Ostatnio nawet modne bywa życie z wyrzeczeniem się seksu w ogóle.
Ale jak wyglądać może ich życie towarzyskie? W końcu ta dziewczyna chyba ma jakichś znajomych rówieśników i myślę, że jej obecność z facetem w wieku jej dziadka na spotkaniach budziłaby zapewne uczucia mieszane w towarzystwie równolatków. I odwrotnie, ich spotkania z jego znajomymi, zapewne już przygłuchymi i nie oszukujmy się – lekko demencyjnymi, czy to na pewno jest atrakcja dla młodej babki?
Z tego artykułu wynika, że żona Łapickiego jest osobą pracowitą i wstaje, aby pracować już o 5 rano. Tak naprawdę nie bardzo z niego wynika, co ich właściwie łączy. Brak jej opinii i głosu w tym artykule wydaje się przychylać do mojej opinii, że facet na starość sprawił sobie przyjemność i zabaweczkę. Nie posądzam jej o cynizm i wyrachowanie, ale fakt, że już nie musi martwić się o spłacanie kredytu na mieszkanie i ma przyszłość zapewnioną, jest już jakąś ogromną wartością. Czy będzie się to przedkładało na opiekę nad nim, gdy zaniemoże, czas pokaże.
I tak się zastanawiam…Janek starszy jest ode mnie o kilka lat. Niewiele. Ale nadajemy na tych samych falach, choć i wiele nas różni. Mamy te same skróty myślowe i hasła. Podobne odczucia z czasów młodości. Myślę, że gdyby moja dwudziestokilkuletnia córka przyprowadziłaby mi zięcia w wieku mojego ojca, z całą pewnością zastanawiałabym się, co za tym się kryje…..
Sądzę, że chcą dołączyć do celebrities, może trochę jak i Jan Nowicki, zrobić sobie odrobinę reklamy, no i zarobić. Przyznam, że mnie to nie zaszokowało, bo zwykle prawdopodobieństwo, że facet leciwy znajdzie sobie młodą dziewczynę jest zwykle większe niż odwrotnie. Ale ta ich różnica wieku jest jednak dla mnie szokująca.
Ogólnie aura nienajlepsza, psy nie chciały dobrowolnie spacerować tylko siku i z powrotem a jamniora trzeba było w ogóle wynosić siłą. Gadaliśmy z Jankiem, jak w taką pogodę w ogóle ma się siłę łazić....I zadaję sobie pytanie, czy w ogóle w wieku Łapickiego da się podrywać z marszu, jeśli my, o 25 lat młodsi nie zawsze mamy speeda:) Pomimo tego, że Łapicki deklaruje się, że oszukał starość to zwyczajnie nie wierzę, że wstaje jak skowronek. Po prostu w pewnym wieku zwyczajnie organizm wysiada i można tylko pobożne życzenia brać za rzeczywistość.
Mam ojca lat 84, bardzo żywotny człowiek Ma drugą żonę o 16 lat młodszą, ale jednak jest to już szacowna pani po 60. Znosi cierpliwie jego dolegliwości, nie ma on ich zbytnio dużo, ale często się przeziębia, ma jakieś kłopoty z ciśnieniem, i innymi sprawami, które przytrafiają się panom w starszym wieku. Ona chyba nawet ma więcej dolegliwości. Razem latają na badania, spisują sobie w specjalnych zeszycikach. Jestem szczęśliwa, że mają siebie, wielu ojców moich koleżanek, gdy owdowiało, szybko w samotności zeszli z tego świata.
Poza tym jest sporo takich par, Znany związek Celine Dijon ze swoim managerem, tak było i z Pavarottim, są kobiety, które potrzebują ojców, takie preferencje widać mają. Ale zaraz potrzebować dziadków?
Ale ciekawi mnie jak tacy ludzie naprawdę żyją? w sumie razem nawet niekoniecznie musi chodzić o seks. Różni ludzie mają różne potrzeby i możliwości. Ostatnio nawet modne bywa życie z wyrzeczeniem się seksu w ogóle.
Ale jak wyglądać może ich życie towarzyskie? W końcu ta dziewczyna chyba ma jakichś znajomych rówieśników i myślę, że jej obecność z facetem w wieku jej dziadka na spotkaniach budziłaby zapewne uczucia mieszane w towarzystwie równolatków. I odwrotnie, ich spotkania z jego znajomymi, zapewne już przygłuchymi i nie oszukujmy się – lekko demencyjnymi, czy to na pewno jest atrakcja dla młodej babki?
Z tego artykułu wynika, że żona Łapickiego jest osobą pracowitą i wstaje, aby pracować już o 5 rano. Tak naprawdę nie bardzo z niego wynika, co ich właściwie łączy. Brak jej opinii i głosu w tym artykule wydaje się przychylać do mojej opinii, że facet na starość sprawił sobie przyjemność i zabaweczkę. Nie posądzam jej o cynizm i wyrachowanie, ale fakt, że już nie musi martwić się o spłacanie kredytu na mieszkanie i ma przyszłość zapewnioną, jest już jakąś ogromną wartością. Czy będzie się to przedkładało na opiekę nad nim, gdy zaniemoże, czas pokaże.
I tak się zastanawiam…Janek starszy jest ode mnie o kilka lat. Niewiele. Ale nadajemy na tych samych falach, choć i wiele nas różni. Mamy te same skróty myślowe i hasła. Podobne odczucia z czasów młodości. Myślę, że gdyby moja dwudziestokilkuletnia córka przyprowadziłaby mi zięcia w wieku mojego ojca, z całą pewnością zastanawiałabym się, co za tym się kryje…..
środa, 11 listopada 2009
jaks się poznawaliśmy - z przeszłości....
Spotykamy się. Jesteśmy w kontakcie. Ciągle. Gadamy. O wszystkim i niczym. O szantach, Ostendzie, kurzych skrzydełkach zapiekanych, które będą na obiad w niedzielę.....
Dziś robiliśmy smażonego pstrąga i surówkę z kapusty. Piliśmy białe wino i było świetnie. Ale ja i tak ciągle się obawiam. Że coś wykryję, jakiś defekt, nieodwracalny. Coś, co mnie powali. Załamie.
Pytanie tylko, czy to jakaś obsesja czy intuicja. Ale niestety na tym etapie nie jestem w stanie na to pytanie odpowiedzieć.......
....No czym to wszystko polega...na przykład dobre zdjęcie? Ja wiem, czego się spodziewam, co powinno wyjść. I zawsze wychodzi, niezależnie od tego, jak kiepskim aparatem dysponuję...ja je widzę zanim zrobię. To nie kwestia ceny aparatu, ale tego, że trzeba to widzieć....co się chce, aby na zdjęciu było. Światło. Wstrzymać oddech.
......powiedział mi wtedy, że jestem z jego bajki i jest to wielki komplement. Całe życie spotykał osoby z całkiem innego świata, materialistów, którzy chcieli „zostawić coś po sobie dla potomnych", mieszkania, majątki, które jednak nie dały im szczęścia.....
........Powiedział mi, że gdy zechcę go zostawić, po prostu mam powiedzieć o tym - dobra, ja już idę dalej. Nie chciałam wtedy ale i nie chcę tego teraz.
Czy w ogóle tego chcemy? Czasem tak, trzeba to dopuścić i pozwolić odejść. Bez obrzucania błotem....
......Nasze marzenie się spełniło....powiedział wówczas, że chciałby ze mną popłynąć. Patrzeć na księżyc, płynąc leniwie, nie obserwując wskazań gps i orientować się, czy nie wpakujemy się na skały, bijąc rekordy na trasie. Ech, niestety sprawdziło się.....choć sztorm nas dopadł, było pięknie....
.....Urzekło mnie podejście do samochodu....- trochę ci stuka układ kierowniczy. Co się dziwisz, 9 lat swoje robi. Stuka i trzeba to przejrzeć. Będę miał czas, pomogę ci, zawiozę samochód do warsztatu i poczekam aż zrobią. nareszcie.....przestanę być oszukiwana w warsztatach, jak każda baba, którą mechanicy mają za nic.....
A dziś, czasem się kłócimy, dyskutując do upadłego. Zwykle jednak - a zwłaszcza teraz, po prawie dwóch latach , potrafimy powiedzieć "stop" i wszystko obrócić w śmiech. I to jest naprawdę cudowne....
Dziś robiliśmy smażonego pstrąga i surówkę z kapusty. Piliśmy białe wino i było świetnie. Ale ja i tak ciągle się obawiam. Że coś wykryję, jakiś defekt, nieodwracalny. Coś, co mnie powali. Załamie.
Pytanie tylko, czy to jakaś obsesja czy intuicja. Ale niestety na tym etapie nie jestem w stanie na to pytanie odpowiedzieć.......
....No czym to wszystko polega...na przykład dobre zdjęcie? Ja wiem, czego się spodziewam, co powinno wyjść. I zawsze wychodzi, niezależnie od tego, jak kiepskim aparatem dysponuję...ja je widzę zanim zrobię. To nie kwestia ceny aparatu, ale tego, że trzeba to widzieć....co się chce, aby na zdjęciu było. Światło. Wstrzymać oddech.
......powiedział mi wtedy, że jestem z jego bajki i jest to wielki komplement. Całe życie spotykał osoby z całkiem innego świata, materialistów, którzy chcieli „zostawić coś po sobie dla potomnych", mieszkania, majątki, które jednak nie dały im szczęścia.....
........Powiedział mi, że gdy zechcę go zostawić, po prostu mam powiedzieć o tym - dobra, ja już idę dalej. Nie chciałam wtedy ale i nie chcę tego teraz.
Czy w ogóle tego chcemy? Czasem tak, trzeba to dopuścić i pozwolić odejść. Bez obrzucania błotem....
......Nasze marzenie się spełniło....powiedział wówczas, że chciałby ze mną popłynąć. Patrzeć na księżyc, płynąc leniwie, nie obserwując wskazań gps i orientować się, czy nie wpakujemy się na skały, bijąc rekordy na trasie. Ech, niestety sprawdziło się.....choć sztorm nas dopadł, było pięknie....
.....Urzekło mnie podejście do samochodu....- trochę ci stuka układ kierowniczy. Co się dziwisz, 9 lat swoje robi. Stuka i trzeba to przejrzeć. Będę miał czas, pomogę ci, zawiozę samochód do warsztatu i poczekam aż zrobią. nareszcie.....przestanę być oszukiwana w warsztatach, jak każda baba, którą mechanicy mają za nic.....
A dziś, czasem się kłócimy, dyskutując do upadłego. Zwykle jednak - a zwłaszcza teraz, po prawie dwóch latach , potrafimy powiedzieć "stop" i wszystko obrócić w śmiech. I to jest naprawdę cudowne....
poniedziałek, 9 listopada 2009
żywot nomadów....
W naszej historii ogromną rolę odgrywa podróżowanie. I to wcale nie takie, które wiąże się z przygodami. Prowadzimy życie nomadów, poruszając się pomiędzy trzema domami.
W pewnym wieku zwykle zanika problem mieszkaniowy. Dzieci wychodzą z domu...zostajemy sami i przestajemy się dręczyć czymś, co zatruwało wiele lat życia w socjalizmie realnym....kiedy własne M....
Nie przypuszczałam, że kiedykolwiek będzie mnie stać zapewnić córce mieszkanie, więc aby mieć jakąś perspektywę na spokój po przejściu na emeryturę, zaczęłam sobie budować a właściwie przebudowywać dom, chałupkę wiejską jakieś 40 km od Warszawy. Nie miałam pojęcia, że pojawi się ktoś taki w moim życiu jak Janek. Raczej spodziewałam się samotnego trybu życia, przy względnej swobodzie, możliwości zapraszania przyjaciół do mojego domu, kilku psów oraz ciszy i przyrody wokół....
Okazało się, że Janek ma swój domek niedaleko, jakieś 10 km od mojego. To z jednej strony było cudowne, póki zimno, mogłam przebywać u niego i tylko wpadać na ranczo i coś tam robić. Okazało się potem, że miałam już zdecydowanie za mało czasu na wizyty u siebie. W tym czasie roboty szły pełną parą, schody, tynki i wykańczanie strychu, wilgoć, pył..... Z drugiej strony poczuwałam się również angażować się na jego działce. I okazuje się, że tak naprawdę weekendy stały się wyścigiem z czasem, którą działkę i dom uda się bardziej zaniedbać.....Nagle stałam się rezydentką trzech mieszkań i dwóch działek.
Mój ojciec, który po śmierci mamy ożenił się ponownie po kilku latach, ma też podobny problem. Ma mieszkanie w Warszawie, jego żona domek na wsi. Oni oboje są emerytami, więc sprawa jest prosta, pół roku mieszkają u niej, gdy jest ciepło, w zimnej porze roku siedzą w Warszawie, przy okazji wynajmując pokój dziewczynom z miejscowości jego żony i jakoś się dogadują.
My, ze względu na to, że pracujemy, nie bardzo możemy jednoznacznie się zdeklarować, co do miejsca zamieszkania. Dojazd od Janka do mojej firmy zajmowałby mi zbyt wiele czasu, on z kolei ma pracę na miejscu, co jest naprawdę wielkim bonusem, bo dochodzi do niej 10 minut na piechotę. Tak czy owak nie ma prostych rozwiązań na dzień dzisiejszy. Wiec jak nomadowie wleczemy każdy weekend torby albo w jedną albo w drugą stronę…..
Teraz jest zimno, trochę za zimno na moją działkę. Siedzimy więc, jak uda się, w moim warszawskim mieszkaniu, Janek delektuje się, że nie musi palić w piecu. Jesień na działce jest czasem dołująca, w środku dnia już noc.... W środę tak czy owak znów jazda na rekonesans, jak wygląda teren. Bo po prostu nie umiemy już prowadzić osiadłego życia….
W pewnym wieku zwykle zanika problem mieszkaniowy. Dzieci wychodzą z domu...zostajemy sami i przestajemy się dręczyć czymś, co zatruwało wiele lat życia w socjalizmie realnym....kiedy własne M....
Nie przypuszczałam, że kiedykolwiek będzie mnie stać zapewnić córce mieszkanie, więc aby mieć jakąś perspektywę na spokój po przejściu na emeryturę, zaczęłam sobie budować a właściwie przebudowywać dom, chałupkę wiejską jakieś 40 km od Warszawy. Nie miałam pojęcia, że pojawi się ktoś taki w moim życiu jak Janek. Raczej spodziewałam się samotnego trybu życia, przy względnej swobodzie, możliwości zapraszania przyjaciół do mojego domu, kilku psów oraz ciszy i przyrody wokół....
Okazało się, że Janek ma swój domek niedaleko, jakieś 10 km od mojego. To z jednej strony było cudowne, póki zimno, mogłam przebywać u niego i tylko wpadać na ranczo i coś tam robić. Okazało się potem, że miałam już zdecydowanie za mało czasu na wizyty u siebie. W tym czasie roboty szły pełną parą, schody, tynki i wykańczanie strychu, wilgoć, pył..... Z drugiej strony poczuwałam się również angażować się na jego działce. I okazuje się, że tak naprawdę weekendy stały się wyścigiem z czasem, którą działkę i dom uda się bardziej zaniedbać.....Nagle stałam się rezydentką trzech mieszkań i dwóch działek.
Mój ojciec, który po śmierci mamy ożenił się ponownie po kilku latach, ma też podobny problem. Ma mieszkanie w Warszawie, jego żona domek na wsi. Oni oboje są emerytami, więc sprawa jest prosta, pół roku mieszkają u niej, gdy jest ciepło, w zimnej porze roku siedzą w Warszawie, przy okazji wynajmując pokój dziewczynom z miejscowości jego żony i jakoś się dogadują.
My, ze względu na to, że pracujemy, nie bardzo możemy jednoznacznie się zdeklarować, co do miejsca zamieszkania. Dojazd od Janka do mojej firmy zajmowałby mi zbyt wiele czasu, on z kolei ma pracę na miejscu, co jest naprawdę wielkim bonusem, bo dochodzi do niej 10 minut na piechotę. Tak czy owak nie ma prostych rozwiązań na dzień dzisiejszy. Wiec jak nomadowie wleczemy każdy weekend torby albo w jedną albo w drugą stronę…..
Teraz jest zimno, trochę za zimno na moją działkę. Siedzimy więc, jak uda się, w moim warszawskim mieszkaniu, Janek delektuje się, że nie musi palić w piecu. Jesień na działce jest czasem dołująca, w środku dnia już noc.... W środę tak czy owak znów jazda na rekonesans, jak wygląda teren. Bo po prostu nie umiemy już prowadzić osiadłego życia….
piątek, 6 listopada 2009
z przeszłości......
W moim drugim blogu pisałam swego czasu na temat ludzi, których poznawałam na innych portalach. Zanim poznałam Janka, próbowałam sił w różnych miejscach. Portali było dostatek. I prezentowały się na nich różne kwiatki.
W listopadzie roku 2007 a więc kilka miesięcy przed poznaniem Janka tak pisałam o pewnym facecie ;
Ustaliłam też z sobą samą, że pobuszuję w sieci w celu znalezienia faceta. Robię to z jednej strony dla draki a z drugiej robię ankietę marketingową. Chcę znać własną pozycję „na rynku” i stworzyć jakiś profil oczekiwań, czego można się spodziewać. O co ludziom w zasadzie chodzi i czemu są sami.
Pisałam wczoraj w pracy, w międzyczasie listy do pewnego jegomościa, chyba całkiem miłego faceta, w moim wieku, trochę misiowatego. Nie jest on co prawda erotomanem gawędziarzem, to jest raczej domena młodych pistoletów około 30, gnębiących babki w moim wieku. Jest za to wirtualnym spamerem. To już drugi taki przypadek mi znany.
A więc zjawisko się upowszechnia.
Misiek przesłał mi całe mnóstwo swoich zdjęć. Wczoraj dostałam chyba z 5 listów od niego z całą porcją fotek w różnych konfiguracjach. Łazi po górach, więc fotki były głownie z gór w kraciastych koszulach i majtkach na trzy czwarte. Za chwilę przesłał mi kilka mp3 a pod koniec dnia dostałam jakiś filmik, który zresztą widziałam gdzieś w sieci sto lat temu. On również dostał moje zdjęcia, ale ja takie rzeczy robię dość powściągliwie. Wieczorem dosłałam mu kilka fotek z żagli, domku, psów i takie inne. Ale nie wiem, czy z tej mąki będzie chleb. Jemu chyba chodziło raczej o autoprezentację i zaspokojenie narcystycznych potrzeb admiracji. Fakt, miły był, ale tak naprawdę podał niewiele, praktycznie zero informacji. Zobaczymy, co będzie dalej. O postępach będę informować na bieżąco.
W ogóle nie rozumiem takich spamerów o co im w zasadzie chodzi. Żeby wywołać uśmiech na czyjejś twarzy, trzeba znać poczucie humoru delikwenta a to wymaga jednak bliższego poznania i raczej osobistego.
Ja bardzo rzadko przesyłam ludziom duże pliki, z reguły mp3 przesyłam w wyjątkowych wypadkach. A już przesyłanie filmów budzi moją prawdziwą irytację. Niby teraz nie ma problemów z pocztą, skrzynki są duże, ale i tak ściągam potem jakiś shit, który średnio mi pasuje. Słanie takich rzeczy na dzień dobry może tylko wkurzać.
Pisanie w ogóle nie jest mocną stroną facetów. Rzadko dostaję więcej niż jeden, pierwszy list z sensem. Pewnie kopiują go z jakiegoś poradnika. A drugi to już zazwyczaj totalna kaszana, facet nie ma zwykle nic do powiedzenia.
Mnie, na logikę się wydaje, że gdy ludzie zawierają znajomość w sieci to chyba powinno ich wiele interesować. Często spotykam się z tekstem typu - jeśli coś chcesz wiedzieć to śmiało pytaj, odpowiem na wszystkie pytania. Gdybym spytała tak na serio co było przyczyną rozwodu z żoną, czy często się kłóciłeś z nią przedtem, dlaczego odeszła, jaki nałóg sobą prezentujesz, czy umiesz się pogodzić z tym, że jej nie ma i jesteś gotowy rozpocząć nowe życie bez wleczenia smrodu przeszłości i czy wybaczyłeś jej, że od ciebie odeszła - to zapewne jedne z drugim by się obraził. Ale miałoby to jakiś sens.
Kiedyś facet mnie zapytał, czy palę i czy modlę się często. Zaskoczyło mnie to, może miał palącą dewotkę za towarzyszkę? Ale odpowiedziałam uczciwie. Nie nadawaliśmy na tych samych falach pomimo mojej raczej umiarkowanej skłonności do picia i braku skłonności do codziennego modlenia się.
Kiedyś, gdy sieć raczkowała, zwykle ludzie szybko dążyli do spotkania się w świecie realnym. Bo w ten sposób można było wyeliminować pomyłki. Przyznam, że nigdy nie doznałam afrontu przy takiej konfrontacji, choć czasem zdarzało się, że tylko pogadaliśmy sobie i więcej się nie widzieliśmy. W końcu nie każdy musi się podobać wszystkim....
Teraz często rozciąga się w czasie jakaś długaśna korespondencja. Albo też zaprasza się do łóżka i to natychmiast, prosi zaraz o telefon, albo też jest ględzenie, ptaszki, robaczki, obrazki Anny Geddes (nie znosze tych tłustych niemowlaków na kwiatuszkach i w koszyczkach), krótkie filmy jak ze „śmiechu warte" albo jak to zabili go i uciekł. Oraz często teksty pouczające...Nie wiem, czemu to ma służyć, takie hodowanie bytu wirtualnego. Strach przed spotkaniem? Brak odwagi aby napisać ładnie odmowę? Chyba lepiej „raz kozie śmierć"- przynajmniej według mnie.
Oczywiście znajomość z misiaczkiem nie wypaliła, czego można było się spodziewać.....
W listopadzie roku 2007 a więc kilka miesięcy przed poznaniem Janka tak pisałam o pewnym facecie ;
Ustaliłam też z sobą samą, że pobuszuję w sieci w celu znalezienia faceta. Robię to z jednej strony dla draki a z drugiej robię ankietę marketingową. Chcę znać własną pozycję „na rynku” i stworzyć jakiś profil oczekiwań, czego można się spodziewać. O co ludziom w zasadzie chodzi i czemu są sami.
Pisałam wczoraj w pracy, w międzyczasie listy do pewnego jegomościa, chyba całkiem miłego faceta, w moim wieku, trochę misiowatego. Nie jest on co prawda erotomanem gawędziarzem, to jest raczej domena młodych pistoletów około 30, gnębiących babki w moim wieku. Jest za to wirtualnym spamerem. To już drugi taki przypadek mi znany.
A więc zjawisko się upowszechnia.
Misiek przesłał mi całe mnóstwo swoich zdjęć. Wczoraj dostałam chyba z 5 listów od niego z całą porcją fotek w różnych konfiguracjach. Łazi po górach, więc fotki były głownie z gór w kraciastych koszulach i majtkach na trzy czwarte. Za chwilę przesłał mi kilka mp3 a pod koniec dnia dostałam jakiś filmik, który zresztą widziałam gdzieś w sieci sto lat temu. On również dostał moje zdjęcia, ale ja takie rzeczy robię dość powściągliwie. Wieczorem dosłałam mu kilka fotek z żagli, domku, psów i takie inne. Ale nie wiem, czy z tej mąki będzie chleb. Jemu chyba chodziło raczej o autoprezentację i zaspokojenie narcystycznych potrzeb admiracji. Fakt, miły był, ale tak naprawdę podał niewiele, praktycznie zero informacji. Zobaczymy, co będzie dalej. O postępach będę informować na bieżąco.
W ogóle nie rozumiem takich spamerów o co im w zasadzie chodzi. Żeby wywołać uśmiech na czyjejś twarzy, trzeba znać poczucie humoru delikwenta a to wymaga jednak bliższego poznania i raczej osobistego.
Ja bardzo rzadko przesyłam ludziom duże pliki, z reguły mp3 przesyłam w wyjątkowych wypadkach. A już przesyłanie filmów budzi moją prawdziwą irytację. Niby teraz nie ma problemów z pocztą, skrzynki są duże, ale i tak ściągam potem jakiś shit, który średnio mi pasuje. Słanie takich rzeczy na dzień dobry może tylko wkurzać.
Pisanie w ogóle nie jest mocną stroną facetów. Rzadko dostaję więcej niż jeden, pierwszy list z sensem. Pewnie kopiują go z jakiegoś poradnika. A drugi to już zazwyczaj totalna kaszana, facet nie ma zwykle nic do powiedzenia.
Mnie, na logikę się wydaje, że gdy ludzie zawierają znajomość w sieci to chyba powinno ich wiele interesować. Często spotykam się z tekstem typu - jeśli coś chcesz wiedzieć to śmiało pytaj, odpowiem na wszystkie pytania. Gdybym spytała tak na serio co było przyczyną rozwodu z żoną, czy często się kłóciłeś z nią przedtem, dlaczego odeszła, jaki nałóg sobą prezentujesz, czy umiesz się pogodzić z tym, że jej nie ma i jesteś gotowy rozpocząć nowe życie bez wleczenia smrodu przeszłości i czy wybaczyłeś jej, że od ciebie odeszła - to zapewne jedne z drugim by się obraził. Ale miałoby to jakiś sens.
Kiedyś facet mnie zapytał, czy palę i czy modlę się często. Zaskoczyło mnie to, może miał palącą dewotkę za towarzyszkę? Ale odpowiedziałam uczciwie. Nie nadawaliśmy na tych samych falach pomimo mojej raczej umiarkowanej skłonności do picia i braku skłonności do codziennego modlenia się.
Kiedyś, gdy sieć raczkowała, zwykle ludzie szybko dążyli do spotkania się w świecie realnym. Bo w ten sposób można było wyeliminować pomyłki. Przyznam, że nigdy nie doznałam afrontu przy takiej konfrontacji, choć czasem zdarzało się, że tylko pogadaliśmy sobie i więcej się nie widzieliśmy. W końcu nie każdy musi się podobać wszystkim....
Teraz często rozciąga się w czasie jakaś długaśna korespondencja. Albo też zaprasza się do łóżka i to natychmiast, prosi zaraz o telefon, albo też jest ględzenie, ptaszki, robaczki, obrazki Anny Geddes (nie znosze tych tłustych niemowlaków na kwiatuszkach i w koszyczkach), krótkie filmy jak ze „śmiechu warte" albo jak to zabili go i uciekł. Oraz często teksty pouczające...Nie wiem, czemu to ma służyć, takie hodowanie bytu wirtualnego. Strach przed spotkaniem? Brak odwagi aby napisać ładnie odmowę? Chyba lepiej „raz kozie śmierć"- przynajmniej według mnie.
Oczywiście znajomość z misiaczkiem nie wypaliła, czego można było się spodziewać.....
czwartek, 5 listopada 2009
Miałam pisać o żeglarstwie…..otóż kilka lat temu miałam szczęście, że poznałam, też zresztą przez sieć kapitana związanego z żeglarstwem morskim. Choć nie zaiskrzyło, zaprzyjaźniliśmy się i trwa to do dziś……mam przyjemność pływać jako załoga na jego jachcie…..Nigdy nie przypuszczałam, że kiedykolwiek w życiu popłynę po Atlantyku czy zawinę do fiordów. A jednak się udało.
Żeglarstwo poznałam na studiach, w trakcie wakacji zwykle wyjeżdżałam na rejsy studenckie z Almaturem, wracałam i jechałam na następny obóz. Wtedy to było całkiem dostępne finansowo.
Gdy założyłam rodzinę, moja przygoda z żeglarstwem się skończyła na wiele lat. Dziecko, obowiązki i mąż, który miał całkiem inne zainteresowania. Nie bardzo jak miałam wrócić do pływania, przez 20 lat nie miałam w ogóle kontaktu z wodą, choć tęsknie spoglądałam na białe żagle na Zalewie czy na Mazurach. Zwyczajnie zapomniałam, pochłonięta codziennością życia rodzinnego….
Człowiek, któremu nagle wali się życie, próbuje czasem powrócić do swoich zainteresowań. A przynajmniej powinien. To jest naprawdę zdrowe. Moje znajome wdowy, może w mniejszym stopniu rozwódki, często koncentrują się na kontynuowaniu życia rodzinnego w niezmienionej formie. Nadmiar energii, który im zostaje po odejściu męża, zmieniają na szczególny rodzaj opieki nad dziećmi czy wnukami, czasem też nad rodzicami, który często zamienia się w uzależnienie i poczucie misji dziejowej….. a de facto jest brakiem alternatywy, co ze sobą zrobić….Czasem popadają w choroby, aby nie dopuścić do rozluźnienia kontaktów z dorastającymi dziećmi. Znane mi są przypadki owdowiałych kobiet, które wpędzając dorosłe córki w permanentne poczucie winy, gdyż uważały, że należy im się opieka non stop, doprowadzały je do staropanieństwa.
W roku 2002 spotkałam na swojej drodze kogoś, kto miał własną łódkę. Wspólnie ją wyremontowaliśmy i pływaliśmy latem razem przez wiele lat. Takie szuwarowe żeglowanie w istocie rzeczy bardzo przyjemne….. Odświeżyłam znów znajomość Mazur i zaraziłam się żaglami ponownie. Patrzyłam z podziwem na pary, często ludzi starszych, którzy wspólnie zaliczali kolejne jeziora, pichcili i wspólnie delektowali się zachodami słońca…..
To jest blog o mnie i Janku, więc pominę milczeniem perturbacje związane z osobą mojego pierwszego instruktora żeglarskiego po latach. Dość, że pozostajemy w wielkiej przyjaźni. Mam wiele ciepłych wspomnień a coroczny wyjazd na Mazury staje się dla mnie wręcz niezbędny jak powietrze. Tyle, że teraz już nie pływam z nim….
Od kilku lat z poznanym kapitanem pływam na jego jachcie po morzu. Nie, nie jestem odważnym wilkiem morskim. Źle znoszę sztormy, choć dość szybko się potem dźwigam. Uważam, że pływanie bardzo odmładza, daje możliwość poznania świetnych ludzi, którzy nie są rozmamłani fizycznie i mentalnie.
W tym roku popłynęłam po raz pierwszy na rejs wspólnie z Jankiem. To była prawdziwa szkoła przetrwania. Kiedyś Janek powiedział, że często na rejsach ludzie do tego stopnia się nienawidzą i tak ich łamią trudy żeglowania, że po zejściu na ląd nie chcą się znów widzieć. Byłam pewna wyników tego testu, że będzie dobrze w naszym przypadku. Poszedł chyba nienajgorzej. Do dziś dnia mam jako tapetę ustawione zdjęcie Janka w sztormiaku, nieogolonego i smaganego wiatrem. Może Bóg da popłynąć razem w przyszłym roku?
A tutaj załączę widoczek naszego jachtu ( to ten niebieski) w Kopenhadze, do której w tym roku zawinęliśmy….
środa, 4 listopada 2009
W mojej firmie istnieje już cały klan wdów, liczący cztery babki w różnym wieku. Życie ich mężom odebrała choroba. Zwykle nowotwór. Były to zwykle kochające się małżeństwa. Teraz wszystkie wyrażają pogląd, że właściwie to ich życie się już skończyło. Że nie chcą już więcej próbować. Czasem ich namawiam, aby jednak pomyślały sobie, że ich życie jeszcze trwa. I może je spotkać radość z życia i nowe, przyjemne sytuacje…..Dedykuję im tego bloga, może kiedyś do niego dotrą….
Zwyczaj spalania na stosie wdów w Indiach według mnie był barbarzyństwem. Los skazuje czasem człowieka na takie sytuacje, że umiera osoba najbliższa. Czy to jest sprawiedliwe? Czy to tak ma być, że nadchodzi TEN dzień a potem już tylko pozostaje pustka….Co dalej robić z życiem?
Po śmierci męża zastanawiałam się, jak będzie wyglądało moje dalsze życie. Miałam dość niezłą sytuację, jakkolwiek pracowałam w firmie, która dość marnie płaciła, byłam posiadaczką własnego M. Miałam w domu zbuntowaną nastolatkę.
Jakiś czas człowiek żyje jak w transie. Wiadomo, że istnieje szereg etapów radzenia sobie ze stratą, wypieranie się jej a na końcu pogodzenie się. Myślę, że najlepiej będzie, aby tutaj nie rozważać stanu, kiedy nie wyobrażałam sobie, że mogłabym nie pójść na cmentarz.
Nadszedł dzień, kiedy uznałam, że muszę żyć dalej. i podjąć decyzję, co z życiem zrobić.
Taka sytuacja bardzo przewartościowuje stosunki w rodzinie, ze znajomymi. Początkowe gesty współczucia zaczynają męczyć. Pomyślałam też, czy mam być skazana na zajmowanie się a ściśle mówiąc, zadręczanie 17 letniej córki? To trochę trudny był temat, z jednej strony ona potrzebowała mojej opieki, gdy zostałyśmy same, ja zaś potrzebowałam jej. Ale ona powoli odcinała już pępowinę. Nie mogłam w wiele jej spraw ingerować.
Zastanawiałam się też, czy powinnam uczestniczyć jakby ściślej w życiu mojej rodziny. Miałam brata i ojca. Mama zmarła dość szybko po śmierci mojego męża. Nie szczędzono mi tam wyrazów współczucia i byli dla mnie wsparciem. Ale czy energiczna osoba taka jak ja musi grzać się przy cudzym ognisku przez resztę życia? Mnie to znudziło się dość szybko. Współczucie nie jest dobrym lepiszczem w zakresie relacji międzyludzkich i po jakimś czasie bywa męczące dla obu stron.
Uświadomiłam sobie, że będę balastem, taką ciotką-dewotką, której się żałuje, że jej się w życiu „tak ułożyło” i której niewiele w życiu pozostaje.
Próbowałam szukać ukojenia w Kościele, bytność i spokój dawały nadzieję. Na jakiś czas to wystarczyło. Potem pojawiło się pytanie, co właściwie wdowa ma ze sobą zrobić, Kościół niestety ma dobrej recepty. Właściwie to powinna pozostać sama, rozpamiętywać dobre chwile, żyć wspomnieniami. Wchodzenie w nowe związki po 40 według nauki Kościoła jest nierealne. Nie zawsze udaje się poznać wdowca i szybko zawrzeć ponownie ślub kościelny, co według Kościoła byłoby ideałem. Statystyki są nieubłagane, prawdopodobieństwo takiego układu nie jest zbyt wielkie.
Ponad rok trwała żałoba. A potem postanowiłam coś z tym zrobić. Sukces osiągnęłam po 9 latach…..
Postanowiłam coś z tym zrobić......
Postanowiłam tak prowadzić tego bloga aby pierwsza część to były retrospekcje z tego co „przed” a w drugiej części, trochę o relacjach z moim szczęściem. O nas i naszym docieraniu się i naszej codzienności……Wiele o nas można przeczytać na stronach MyDwoje. Mamy nawet nagranie. Nasza przygoda życiowa ciągle trwa..
Nasze hobby
W wieku 50+ ludzie, którzy zdecydowali się być ze sobą muszą mieć jakieś hobby. Swój własny świat. My jesteśmy oboje samodzielni i mamy bagaż własnego życia do targania. I obiecujemy sobie, że nie będziemy obciążać się wzajemnie…. Nie wyobrażam sobie abym miała wisieć na moim przyjacielu i go dręczyć. Zależeć od niego i od jego punktu widzenia. Ale warto mieć coś wspólnego. My mamy kwiatki i psy…..
Dziś Janek pojechał na moje rancho. Mieszka dość niedaleko a i warto było, aby wpadł. Bo mróz mógłby załatwić roślinki na parapetach To cudownie, że mogę liczyć na niego, że tam zajrzy. Bardzo lubimy oboje hodowanie roślin doniczkowych. Co prawda zwykle ich jest za dużo i u niego i u mnie..... Mam manię prześladowczą hodowania wszystkiego, co wyrośnie. Nawet hoduję daktyle z pestek. Wstawiam to do mojej pracowni w firmie, do domu i teraz na działkę. Mój dom w Warszawie przypomina małpi gaj.
U niego podobnie, choć jak to facet, czasem zapomina o podlewaniu.
Mamy również wspólnie 4 psy, w tym dwa jamniki, jeden duży wielkości owczarka a drugi kudłacz. Ja psy rozpuszczam, nie słuchają się mnie w ogóle. Przy nim stają na baczność. Starszy jamnik jest absolutnie do Janka podobny. Razem lubią sobie pokimać. Potrafi przy nim zatańczyć. W ogóle wspólne polegiwanie jest rytuałem.
Naszym ogromnym hobby jest żeglowanie. O tym następnym razem……
Zwyczaj spalania na stosie wdów w Indiach według mnie był barbarzyństwem. Los skazuje czasem człowieka na takie sytuacje, że umiera osoba najbliższa. Czy to jest sprawiedliwe? Czy to tak ma być, że nadchodzi TEN dzień a potem już tylko pozostaje pustka….Co dalej robić z życiem?
Po śmierci męża zastanawiałam się, jak będzie wyglądało moje dalsze życie. Miałam dość niezłą sytuację, jakkolwiek pracowałam w firmie, która dość marnie płaciła, byłam posiadaczką własnego M. Miałam w domu zbuntowaną nastolatkę.
Jakiś czas człowiek żyje jak w transie. Wiadomo, że istnieje szereg etapów radzenia sobie ze stratą, wypieranie się jej a na końcu pogodzenie się. Myślę, że najlepiej będzie, aby tutaj nie rozważać stanu, kiedy nie wyobrażałam sobie, że mogłabym nie pójść na cmentarz.
Nadszedł dzień, kiedy uznałam, że muszę żyć dalej. i podjąć decyzję, co z życiem zrobić.
Taka sytuacja bardzo przewartościowuje stosunki w rodzinie, ze znajomymi. Początkowe gesty współczucia zaczynają męczyć. Pomyślałam też, czy mam być skazana na zajmowanie się a ściśle mówiąc, zadręczanie 17 letniej córki? To trochę trudny był temat, z jednej strony ona potrzebowała mojej opieki, gdy zostałyśmy same, ja zaś potrzebowałam jej. Ale ona powoli odcinała już pępowinę. Nie mogłam w wiele jej spraw ingerować.
Zastanawiałam się też, czy powinnam uczestniczyć jakby ściślej w życiu mojej rodziny. Miałam brata i ojca. Mama zmarła dość szybko po śmierci mojego męża. Nie szczędzono mi tam wyrazów współczucia i byli dla mnie wsparciem. Ale czy energiczna osoba taka jak ja musi grzać się przy cudzym ognisku przez resztę życia? Mnie to znudziło się dość szybko. Współczucie nie jest dobrym lepiszczem w zakresie relacji międzyludzkich i po jakimś czasie bywa męczące dla obu stron.
Uświadomiłam sobie, że będę balastem, taką ciotką-dewotką, której się żałuje, że jej się w życiu „tak ułożyło” i której niewiele w życiu pozostaje.
Próbowałam szukać ukojenia w Kościele, bytność i spokój dawały nadzieję. Na jakiś czas to wystarczyło. Potem pojawiło się pytanie, co właściwie wdowa ma ze sobą zrobić, Kościół niestety ma dobrej recepty. Właściwie to powinna pozostać sama, rozpamiętywać dobre chwile, żyć wspomnieniami. Wchodzenie w nowe związki po 40 według nauki Kościoła jest nierealne. Nie zawsze udaje się poznać wdowca i szybko zawrzeć ponownie ślub kościelny, co według Kościoła byłoby ideałem. Statystyki są nieubłagane, prawdopodobieństwo takiego układu nie jest zbyt wielkie.
Ponad rok trwała żałoba. A potem postanowiłam coś z tym zrobić. Sukces osiągnęłam po 9 latach…..
Postanowiłam coś z tym zrobić......
Postanowiłam tak prowadzić tego bloga aby pierwsza część to były retrospekcje z tego co „przed” a w drugiej części, trochę o relacjach z moim szczęściem. O nas i naszym docieraniu się i naszej codzienności……Wiele o nas można przeczytać na stronach MyDwoje. Mamy nawet nagranie. Nasza przygoda życiowa ciągle trwa..
Nasze hobby
W wieku 50+ ludzie, którzy zdecydowali się być ze sobą muszą mieć jakieś hobby. Swój własny świat. My jesteśmy oboje samodzielni i mamy bagaż własnego życia do targania. I obiecujemy sobie, że nie będziemy obciążać się wzajemnie…. Nie wyobrażam sobie abym miała wisieć na moim przyjacielu i go dręczyć. Zależeć od niego i od jego punktu widzenia. Ale warto mieć coś wspólnego. My mamy kwiatki i psy…..
Dziś Janek pojechał na moje rancho. Mieszka dość niedaleko a i warto było, aby wpadł. Bo mróz mógłby załatwić roślinki na parapetach To cudownie, że mogę liczyć na niego, że tam zajrzy. Bardzo lubimy oboje hodowanie roślin doniczkowych. Co prawda zwykle ich jest za dużo i u niego i u mnie..... Mam manię prześladowczą hodowania wszystkiego, co wyrośnie. Nawet hoduję daktyle z pestek. Wstawiam to do mojej pracowni w firmie, do domu i teraz na działkę. Mój dom w Warszawie przypomina małpi gaj.
U niego podobnie, choć jak to facet, czasem zapomina o podlewaniu.
Mamy również wspólnie 4 psy, w tym dwa jamniki, jeden duży wielkości owczarka a drugi kudłacz. Ja psy rozpuszczam, nie słuchają się mnie w ogóle. Przy nim stają na baczność. Starszy jamnik jest absolutnie do Janka podobny. Razem lubią sobie pokimać. Potrafi przy nim zatańczyć. W ogóle wspólne polegiwanie jest rytuałem.
Naszym ogromnym hobby jest żeglowanie. O tym następnym razem……
Subskrybuj:
Posty (Atom)
